Nic tak nie łączy warszawskich działaczy PiS i PO jak dzielenie stanowisk i obsadzanie ich swoimi ludźmi. Brak dyskusji o realnych problemach mieszkańców, najważniejsze są stanowiska i kasa, reszta się nie liczy.
Polityczny zgrzyt wśród zbierających głosy
za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz: PiS - na co dzień sojusznik
Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej - zrzuca ze stanowiska Marka Makucha
wiceprzewodniczącego rady Woli i pełnomocnika komitetu referendalnego.
Zmiana jest możliwa dzięki poparciu PO, którą
PiS zamierza politycznie pogrążyć w referendum. Projekt poparł Jarosław
Kaczyński. Partia zbiera podpisy pod wnioskiem o odwołanie prezydent, na
ulicach stoją PiS-owskie stoliki, na nich PiS-owskie formularze.
Istnieje także drugi front: mimo referendum warszawska PO układa się
politycznie z PiS, partie nadal dzielą stanowiska w stołecznym
samorządzie.
Personalne ambicje dotyczą najniższego szczebla samorządu, czyli dzielnic. Okazuje się, że chwilę przed startem zbiórki podpisów pod wnioskiem o referendum oba duże ugrupowania umówiły się na personalne roszady w samorządach Ursynowa i Woli. Zaczęło się u burmistrza Piotra Guziała. Ursynowski PiS poparł opozycyjną PO i wiceprzewodniczącym rady dzielnicy mógł zostać Michał Matejka z władz ursynowskiej Platformy. Za odzyskanie skromnych wpływów w swoim ursynowskim mateczniku PO miała odwdzięczyć się PiS na Woli. Partia chciała odebrać fotel wiceprzewodniczącego Markowi Makuchowi. To dawny PiS-owski działacz, szef klubu w radzie miasta, którego obecna ekipa liderów wywodząca się z CBA najpierw posłała do rady dzielnicy, a gdy potem przeszedł do Solidarnej Polski, uznała za zdrajcę.
Personalne ambicje dotyczą najniższego szczebla samorządu, czyli dzielnic. Okazuje się, że chwilę przed startem zbiórki podpisów pod wnioskiem o referendum oba duże ugrupowania umówiły się na personalne roszady w samorządach Ursynowa i Woli. Zaczęło się u burmistrza Piotra Guziała. Ursynowski PiS poparł opozycyjną PO i wiceprzewodniczącym rady dzielnicy mógł zostać Michał Matejka z władz ursynowskiej Platformy. Za odzyskanie skromnych wpływów w swoim ursynowskim mateczniku PO miała odwdzięczyć się PiS na Woli. Partia chciała odebrać fotel wiceprzewodniczącego Markowi Makuchowi. To dawny PiS-owski działacz, szef klubu w radzie miasta, którego obecna ekipa liderów wywodząca się z CBA najpierw posłała do rady dzielnicy, a gdy potem przeszedł do Solidarnej Polski, uznała za zdrajcę.
Zmiany miały przejść gładko. W trakcie pojawił się wniosek o referendum,
a Piotr Guział zrobił Marka Makucha pełnomocnikiem komitetu
referendalnego. Nowa sytuacja zniechęciła PO. Radni Woli ociągali się z
realizacją umowy, przeciwni umacnianiu wpływów PiS w dzielnicy.
Tym bardziej, że namaszczony na następcę Makucha radny PiS Piotr Milowański robi u boku wiceprezesa Mariusza Kamińskiego udaną karierę. Ma 25 lat, ale zdążył już z nadania partyjnego dostać posadę w mazowieckiej wojewódzkiej komendzie Ochotniczych Hufców Pracy, potem dostał pracę w centrali partyjnej. Drogę otworzył mu kilka lat temu poseł Mariusz Błaszczak, u którego był asystentem społecznym. Teraz Milowański rządzi PiS na Woli. Lokalna PO zmieniła zdanie po interwencji posła Marcina Kierwińskiego, który jest wiceprzewodniczącym warszawskiej PO i szefem partyjnego koła w ursynowskim mateczniku. W pierwszej rozmowie z "Gazetą" Kierwiński twierdził, że tematu nie praktycznie zna, bo jest zbyt lokalny. Gdy jeden z działaczy PiS powiedział nam, że przedstawiciele jego partii właśnie od Kierwińskiego domagali się realizacji zobowiązań - poseł o sprawie sobie przypomniał. Mimo trwającej zbiórki podpisów pod odwołaniem pani prezydent, lokalni działacze PO dostali partyjne polecenie, by podpisali się pod wnioskiem o usunięcie Marka Makucha, gdyż bez tego poparcia niemożliwe było przeprowadzenie roszady.
- To normalne, że duże partie muszą mieć reprezentantów w prezydium obu rad dzielnic - mówi Kierwiński.
Oba ugrupowania zdecydowały się na porządki u schyłku kadencji. PO straciła fotel wiceprzewodniczącego niedługo po wyborach samorządowych 2010 r., zaś PiS nie mógł pozbyć się Marka Makucha od roku.
Roszada jest w trakcie. Jarosław Krajewski, rzecznik warszawskiego PiS zapewnia, że między jego partią a Warszawską Wspólnotą Samorządową nie ma "napięcia". Inaczej sprawę widzi Piotr Guział, którego stowarzyszenie traci na umowie między dwoma dużymi partiami. - To jest uderzenie w twarz Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej - mówi o rychłym odwołaniu Marka Makucha. - Będę domagał się wyjaśnień od prezesa Mariusza Kamińskiego. Chwilę po rozmowie przysłał sms-a: "PiS uderzając w pełnomocnika referendalnego, nie przestrzega politycznego savoir vivre i pokazuje brak manier, dając pożywkę dla spekulacji o przyszłych sojuszach z PO".
Tym bardziej, że namaszczony na następcę Makucha radny PiS Piotr Milowański robi u boku wiceprezesa Mariusza Kamińskiego udaną karierę. Ma 25 lat, ale zdążył już z nadania partyjnego dostać posadę w mazowieckiej wojewódzkiej komendzie Ochotniczych Hufców Pracy, potem dostał pracę w centrali partyjnej. Drogę otworzył mu kilka lat temu poseł Mariusz Błaszczak, u którego był asystentem społecznym. Teraz Milowański rządzi PiS na Woli. Lokalna PO zmieniła zdanie po interwencji posła Marcina Kierwińskiego, który jest wiceprzewodniczącym warszawskiej PO i szefem partyjnego koła w ursynowskim mateczniku. W pierwszej rozmowie z "Gazetą" Kierwiński twierdził, że tematu nie praktycznie zna, bo jest zbyt lokalny. Gdy jeden z działaczy PiS powiedział nam, że przedstawiciele jego partii właśnie od Kierwińskiego domagali się realizacji zobowiązań - poseł o sprawie sobie przypomniał. Mimo trwającej zbiórki podpisów pod odwołaniem pani prezydent, lokalni działacze PO dostali partyjne polecenie, by podpisali się pod wnioskiem o usunięcie Marka Makucha, gdyż bez tego poparcia niemożliwe było przeprowadzenie roszady.
- To normalne, że duże partie muszą mieć reprezentantów w prezydium obu rad dzielnic - mówi Kierwiński.
Oba ugrupowania zdecydowały się na porządki u schyłku kadencji. PO straciła fotel wiceprzewodniczącego niedługo po wyborach samorządowych 2010 r., zaś PiS nie mógł pozbyć się Marka Makucha od roku.
Roszada jest w trakcie. Jarosław Krajewski, rzecznik warszawskiego PiS zapewnia, że między jego partią a Warszawską Wspólnotą Samorządową nie ma "napięcia". Inaczej sprawę widzi Piotr Guział, którego stowarzyszenie traci na umowie między dwoma dużymi partiami. - To jest uderzenie w twarz Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej - mówi o rychłym odwołaniu Marka Makucha. - Będę domagał się wyjaśnień od prezesa Mariusza Kamińskiego. Chwilę po rozmowie przysłał sms-a: "PiS uderzając w pełnomocnika referendalnego, nie przestrzega politycznego savoir vivre i pokazuje brak manier, dając pożywkę dla spekulacji o przyszłych sojuszach z PO".
źródło: warszawa.gazeta.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz