poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Polska The Times o przygotowaniach do odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz








PolskaTimes.pl - Dziennik Polska, aktualności, najnowsze informacje 

Gronkiewicz-Waltz w politycznym letargu. Czy pomoże Bierut?

 Faktem jest, że prezydent Warszawy od dobrych kilku miesięcy całkowicie znikła z życia publicznego. Gdyby nie oficjalne wystąpienie przy okazji uroczystości z okazji 70. rocznicy wybuchu powstania w getcie oraz udział w (drętwych) spotach promujących akcję "Orzeł może", Gronkiewicz-Waltz właściwie nie istniałaby w życiu publicznym. Mimo że jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków kraju, mimo że pełni ważne funkcje (oprócz pracy w stołecznym ratuszu jest także wiceprzewodniczącą PO), które wręcz wymagają od niej regularnych spotkań z dziennikarzami, ona wolała zaszyć się gdzieś na warszawskich antypodach i stamtąd obserwować rozwój sytuacji.

W politycznym letargu
Ta strategia wycofania dziwi tym bardziej, że już od dawna Gronkiewicz-Waltz znajduje się w poważnych opałach i powinna działać zgodnie z zaleceniami, które podręczniki do marketingu politycznego opisują w rozdziale "Komunikacja kryzysowa".
 Specjaliści zalecają, by w takich sytuacjach próbować przejść do ofensywy, przebić się z własnym komunikatem, własną interpretacją sytuacji. "Nawet w najtrudniejszych momentach nie chowaj się nigdy pod łóżkiem" - doradza Michael Levine, guru nowoczesnego PR politycznego.

Tymczasem pani prezydent tkwi w letargu, w jaki zapadła niemal natychmiast po katastrofie przy budowie stacji metra na Powiślu. Po tym, gdy ona się wydarzyła, początkowo próbowała jeszcze gasić medialne pożary - zabierała publicznie głos, próbując sugerować, że panuje nad sytuacją. Po pewnym momencie przestała, jakby wychodząc z założenia, że w ten sposób ognia i tak nie ugasi. I od tej pory pani prezydent po prostu nie ma.

A gdy kota nie ma, myszy harcują - na głowę Gronkiewicz-Waltz spadają więc kolejne potoki zarzutów o niekompetencje i złe zarządzanie miastem. Problemy z budową metra są oczywiste dla każdego warszawiaka, który próbuje przebić się przez centrum miasta.

Na ratusz spadają gromy za zgodę na wycinkę drzew w historycznym Ogrodzie Krasińskich. Kolejne dzielnice protestują przeciwko zaproponowanej przez urząd miasta likwidacji wielu połączeń autobusowych, w tym tak popularnych jak linia 175 łącząca centrum miasta z lotniskiem, czy linia 195, która jeździ z Krakowskiego Przedmieścia na Ursynów.

Następnym problemem za chwilę będą ceny wywozu śmieci, które - według zapowiedzi - mogą być jednymi z najdroższych w kraju. Na kolejną bombę wyrasta flagowa inwestycja ratusza zaplanowana na ten rok, czyli przebudowa mostu Grota-Roweckiego - opóźnia się rozstrzygnięcie przetargu, co może zakończyć się utratą dotacji unijnej.

Skalę problemów Gronkiewicz-Waltz najlepiej oddaje sytuacja z systemem rowerowym Veturilo. Jego uruchomienie to największy sukces drugiej kadencji rządów pani prezydent. Jego ponowna inauguracja, w dodatku obejmująca większą część miasta niż pierwsza, jesienna edycja, mogła okazać się prawdziwą fetą, a przy okazji także okazją dla pani prezydent na odwrócenie trendu spadkowego, na przejście do ofensywy. Nic takiego się nie stało. Rozpoczęcie sezonu rowerowego opóźniła zima, a gdy wreszcie Veturilo ruszyło, to głównie słyszeliśmy nie o tym, jaki ten system jest wspaniały, tylko o kradzieżach rowerów i problemach w dzielnicach, które dopiero teraz zostały do niego włączone. Warto zapamiętać tę sytuację, gdyż to wzorowe studium przypadku, które można przedstawiać pod tytułem: Jak zmarnować szansę, która wydaje się nie do zmarnowania.

Referendum może się udać
Obserwując niedomagającą politycznie i komunikacyjnie panią prezydent, do ofensywy przechodzi jej konkurencja polityczna. Jeszcze przed wakacjami może pojawić się wniosek o jej odwołanie. Referendum w tej sprawie chcą złożyć właściwie wszystkie ugrupowania opozycyjne: PiS, SLD, Ruch Palikota i Solidarna Polska. Nie można też wykluczyć obywatelskiego wniosku w tej sprawie. 
 
Do referendum potrzebne jest zebranie podpisów 10 proc. mieszkańców miasta - w liczbach bezwzględnych oznaczałoby to konieczność pozyskania ok. 130 tys. podpisów osób zameldowanych w stolicy. Ambicję organizacji akcji zbierania autografów przejawia Warszawska Wspólnota Samorządowa, wspólna inicjatywa samorządowców z lokalnych komitetów, które po ostatnich wyborach samorządowych współrządzą Rembertowem, Ursusem, Ursynowem i Włochami. Za lidera tej grupy uważa się Piotra Guziała, burmistrza Ursynowa, którego relacje z Gronkiewicz-Waltz od dawna są napięte.

Kandydatów do ratusza nie brakuje
Chętnych do walki o fotel prezydenta Warszawy zresztą pojawia się coraz więcej.
 
Gotowość kandydowania na to stanowisko otwarcie zgłasza Andrzej Rozenek z Ruchu Palikota. W SLD jest trzech potencjalnych kandydatów: Marek Balicki, Katarzyna Piekarska i Józef Oleksy. Spekuluje się, że PiS mógłby do walki o fotel prezydenta wystawić Jacka Sasina, byłego stołecznego urzędnika, a także byłego wojewodę mazowieckiego oraz bliskiego współpracownika prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Gronkiewicz-Waltz ma jeszcze jedną szansę na wyjście z twarzą z obecnej opresji. Jest nią "dekret Bieruta". Obecnie trwają prace nad przygotowaniem projektu finansowania sum, jakie powinni otrzymać w formie rekompensaty historyczni właściciele gruntów w centrum Warszawy, które zostały im odebrane na mocy dekretu z 26 października 1945 r. "O własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy". Dokument podpisany przez ówczesnego prezydenta Polski Bolesława Bieruta skutkował przejęciem wszystkich gruntów w granicach miasta przez warszawski ratusz. Teraz wszystkim ofiarom tej regulacji trzeba wypłacić odszkodowanie - i znaleźć na to 20 mld zł. Jest to niezbędne, gdyż bez tego nie uda się zaplombować największej dziury współczesnej Europy, czyli straszącego wszystkich wielkiego placu wokół Pałacu Kultury i Nauki. Ta dziura była zgryzotą dotychczasowych włodarzy Warszawy, ale każdy połamał sobie na niej zęby.

Być może ten krąg niemożności przełamie Gronkiewicz--Waltz. Byłby to jej niewątpliwy sukces. Tylko czy w jej zasięgu? Na razie powstały dwa projekty odpowiedniej ustawy - jeden napisali prawnicy z ratusza, drugi warszawscy posłowie PO. Już sam fakt, że nad jednym aktem prawnym pracują oddzielnie osoby z jednej ekipy rządzącej (przecież Gronkiewicz--Waltz jest wiceszefową PO), pokazuje, że wypracowanie zgody w tej materii będzie niezwykle trudne. A dotychczasowe doświadczenia w zarządzaniu miastem sugerują, że pani prezydent nie jest osobą, która do tej zgody będzie umiała doprowadzić.
 
 
 
 
   

niedziela, 28 kwietnia 2013

PROBLEMY KLUBU SPORTOWEGO NA BIELANACH

Nie ma pieniędzy na kluby sportowe, nie ma na żłobki i przedszkola, ale na premię ich nigdy nie brakuje......

Hutnik Warszawa, po kilkudziesięciu latach obecności przy Marymonckiej, poważnie myśli o wyprowadzce. Sportowego klubu z Bielan nie stać na nowe stawki za wynajem, które podniósł właściciel obiektu - WOSiR. - Jesteśmy traktowani jak intruz - żalą się pracownicy Hutnika.
- Jesteśmy coraz gorzej traktowani przez Warszawski Ośrodek Sportu i Rekreacji, który zarządza terenem przy Marymonckiej 42 – mówi Maciej Purchała, prezes Hutnika Warszawa. - Na treningi najczęściej wynajmujemy od dzielnicy Bemowo boisko przy Obrońców Tobruku. Tam mamy zawsze przygotowane boisko, oświetlenie i szatnie. A co najważniejsze, płacimy znacznie mniej niż przy Marymonckiej – zwraca uwagę prezes.
Jak dodaje, mimo słabych warunków, miejski WOSiR chce podnieść stawkę za wynajem boiska o ponad 200 procent. - Za rozegranie jednego meczu będziemy musieli płacić nawet tysiąc złotych. Paranoja – irytuje się Purchała.
Klub na taką stawkę się nie zgadza i wskazuje na powracające problemy z obiektem. – A to jest boisko nierówne i linie krzywo namalowane, a to nie ma wody w szatni lub prądu. Mamy również ograniczone możliwości, żeby podczas meczu promować naszych sponsorów. Jakiś czas temu wspólnie z kibicami na własny koszt musieliśmy dostosować boisko do gry w III lidzie. Nikt nam za to nie zwrócił – opowiada prezes Purchała.

Muszą przenieść biuro

Z prezesem spotkaliśmy się w jednym z pokoi klubowych w trakcie pakowania licznych pucharów, odznaczeń i setek tomów dokumentów. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych powierzchni biurowej zawarta jest cała historia klubu. Teraz musi szukać innych pomieszczeń, bo na obecne, również wynajmowane od WOSiR-u, go nie stać. Dwuletnie zabiegi o obniżenie stawek nie powiodły się.
- Na jesieni i w zimę można tu było zamarznąć. Chcieliśmy, żeby na ten okres zwolniono nas z opłat za wynajem, bo i tak tutaj nie przebywaliśmy. Nie udało się – rozkłada ręce Maciej Purchała. - Dodatkowo żąda się od nas, aby ubezpieczyć pomieszczenie biurowe. Nikt nam tego nie ubezpieczy, bo budynek nie jest dopuszczony do użytkowania – dodaje.
Władze i sympatycy Hutnika zwracają uwagę, że obiekty Marymonckiej to kolebka klubu. - To wszystko, co tutaj jest było budowane przez hutników dla naszego klubu. A teraz czujemy się u siebie tu jak intruzi – mówi Krzysztof Branicki, kierownik drużyny hutnika.

Powołali nową spółkę

Żal u władz klubu potęguje fakt, że nowe problemy pojawiają się w momencie, kiedy klubowi udało się wyjść na prostą. Przez wiele lat nazbierało się grubo ponad milion złotych długu m.in. wobec urzędu miasta, STOEN, Urzędu Skarbowego czy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Po przyjściu Purchały, dług zmalał do kilkuset tysięcy złotych. Aby oddalić widmo bankructwa Hutnik powołał spółkę, natomiast podmiot BKS Hutnik, który generował długi, postawiono w stan upadłości. Z tymi samymi piłkarzami, ale z czystym kontem, klub musiał rozpocząć grę od poziomu B-klasy (najniższego poziomu rozgrywkowego).

Niezrealizowane plany, zmarnowane pieniądze

WOSiR przejął teren w 2006 roku. Miał wobec niego ambitne plany. Przed Euro 2012 chciał wybudować tam nowoczesny kompleks boisk, hotel i centrum odnowy biologicznej. Siedzibę miał mieć też tutaj Polski Związek Piłki Nożnej.
Jednak w 2009 roku rada miasta podjęła uchwałę, o przekazaniu miejskim wodociągom sporej części terenu Hutnika pod budowę kolektorów kanalizacyjnych do oczyszczalni Czajka. Przekreśliło to szansę na realizację odważnych planów.
Koncepcja architektoniczna, na którą wydawano 300 tysięcy złotych, powędrowała na półkę.
źródło: tvnwarszawa

zdj. rzeszow4u.pl 


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

ZTM - firma handlowo usługowa z udziałem samorządu Warszawy?

Zarząd Transportu Miejskiego jest organizatorem
komunikacji miejskiej na terenie Warszawy.
(…) ZTM odpowiada m.in. za opracowanie tras,
 rozkładów jazdy, sprzedaż biletów i ich kontrolę.”


Nie tylko w tej definicji, znajdującej się na oficjalnej stronie internetowej ZTMu, ale również w „Strategii zrównoważonego rozwoju systemu transportowego Warszawy do 2015 roku i na lata kolejne”, obecna ekipa zapomniała o motorze który napędza Warszawę: o mieszkańcach Warszawy, ich potrzebach i ich życiu codziennym w naszym mieście.

Po ponad 6 latach urzędowania Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz widać ewidentnie w transporcie miejskim zmiany. Zmiany idące w kierunku przeistoczenia ZTM i spółek z nim współpracujących w dobrze prosperujące firmy handlowo usługowe, których zadaniem staje się coraz bardziej dostarczanie pieniędzy do źle zarządzanej kasy miasta.
Przy zmianach tras autobusowych i linii nie bierze się pod uwagę opinii i potrzeb mieszkańców. Ciągle istnieją linie które w większości obsługują stare i zdezelowane Ikarusy. Zastępuje się wieloletnie i pełne pasażerów połączenia kilkoma krótszymi liniami, co w oczywisty sposób jest bardziej dochodowe dla miasta, ale niestety kosztem mieszkańców. Często transport wewnątrz dzielnicy zajmuje tyle samo czasu co jazda z jednego na drugi koniec miasta. Inwestycje ciągną się latami i zdarza się  że są oddawane do użytku  niepełne i niekompletne wiadukty , stacje i przystanki jak na Choszczówce. Koszt budowy metra jest jednym z najwyższych w Europie, a jeszcze nie wiemy jaka będzie jego cena ostateczna. Już oddane inwestycje okazują się być często nie wystarczające w danym miejscu jak na przykład parkingi P+R na Młocinach. Z jednej strony, wszelkie zmiany są tłumaczone brakiem rentowności. Z drugiej jednak podwyższanie cen biletów i zwiększone wydatki na marketing i reklamę wizerunkową  potwierdzają tylko fakt że miasto pozwala i godzi się na podejście do pasażerów i do mieszkańców Warszawy jak do klientów, od których trzeba wydoić jak największe pieniądze.
Trend ten jest zauważalny gołym okiem i nawet podejście marketingowe obecnej ekipy rządzącej i akcje pokazowe ocieplające wizerunek niewiele są w stanie zmienić. Coraz bardziej widać że transport miejski stanął w zakorkowanych ulicach naszego miasta. Po raz kolejny z rzędu Warszawa jest na niechlubnym pierwszym miejscu najbardziej zakorkowanych miast w Unii Europejskiej. Buduje się u nas jedną z najdroższych linii metra i wychodzi nawet taniej budować tunele w Alpach Szwajcarskich niż obwodnice Warszawy. 6 lat rządów ekipy platformy obywatelskiej pokazują że wszelkie działania mają skutkować ewidentnym zwiększeniem rentowności i przychodów ZTMu i innych spółek miejskich, a gdzieś w tej całej plątaninie połączeń, inwestycji i komercjalizacji zagubiono podstawowy powód istnienia ZTMu i spółek zajmujących się transportem miejskim i infrastrukturą w Warszawie. Zagubiono człowieka i jego potrzeby.
Urzędnicy zapomnieli o 35 letnim ojcu 3 dzieci z Michałowic, który za 1800 złotych pracuje zmianowo jako ochroniarz w supermarkecie w centrum Warszawy. Jak on ma opłacić bilety miesięczne za 700złotych, wyżywić rodzinę i wykształcić swoje dzieci?  Pani Basia która codziennie rano jedzie z Zielonki na Gocław przypilnować swoją wnuczkę, której mama o 8 rano musi być w biurowcu na Woli a w przedszkolu nie było już miejsc. Gdy mama wraca do domu po 18.00 to Pani Basia dopiero jedzie dorobić jako sprzątaczka w biurowcu bo z renty w wysokości 450 złotych opłaciłaby chyba tylko bilet miesięczny i już nawet na czynsz by nie miała.
Dlatego trzeba przede wszystkim zacząć od zmiany koncepcji, od zmiany filozofii transportu, infrastruktury i inwestycji miejskich. Transport nie ma być rentowny i opłacalny. Inwestycje nie mają być z założenia najtańsze, bo i tak potem trzeba do nich dopłacać i robią się najdroższe. Infrastruktura, transport miejski i wszelkie inwestycje mają służyć mieszkańcom Warszawy i odwiedzającym nas turystom jako sprawne środki do szybkiego i bezpiecznego przemieszczania się po każdej części miasta. Do sprawnego i szczęśliwego życia codziennego warszawiaków. Transport nie może być ukształtowany i zorientowany na czysty zysk finansowy i na wpływy do kasy miejskiej. Transport miejski jak i wszelka infrastruktura mają być zorientowane na człowieka, na mieszkańca Warszawy, biorąc pod uwagę zarówno zróżnicowane potrzeby mieszkańców poszczególnych dzielnic jak i dalszy rozwój potrzeb nowych mieszkańców.
W nowoczesnej Warszawie którą proponuje Solidarna Polska połączenia i usługi nie będą dzielone na rentowne i nierentowne, na te opłacalne i nieopłacalne, tylko na te potrzebne i te zbyteczne. Trzeba zmienić w Warszawie filozofię transportu miejskiego, tak aby transport i infrastruktura zaczęły służyć człowiekowi, a nie potęgowały korki na głównych arteriach miasta.
Podstawą jest dojazd do szkół i przedszkoli, do miejsc pracy, do urzędów, nie tylko z centrum Warszawy czy z głównych arterii, ale również z nowych osiedli na Białołęce czy na Ursynowie.
Potrzeba aby mieszkańcy Łomianek, Piaseczna czy Józefowa nie dojeżdżali do Warszawy samochodami, ale by mieli wystarczająco dobre połączenia kolejowe. Nie tylko budowa drugiej linii metra na Brudno, na Gocław i na Białołękę, ale dalej jako kolej naziemna do Legionowa, Wołomina i Józefowa. Pierwsza linia metra powinna zostać wydłużona jako kolej naziemna do Łomianek i do Piaseczna. To posłuży nie tylko mieszkańcom tych rejonów, ale również Warszawiakom. To pomoże odkorkować centrum i ulepszyć infrastrukturę miejską. Przy dzisiejszej filozofii zarządzania transportem w Warszawie to jest po prostu nieopłacalne, bo znacznie więcej można zarobić jeśli mieszkaniec będzie zmuszony do skorzystania z  trzech albo i więcej linii aby dojechać do pracy czy do szkoły, a urzędników nie interesuje ile czasu i nerwów będzie musiało nas to kosztować – obecnie rządzących interesuje tylko ile pieniędzy na to straci ten pojedynczy mieszkaniec po to aby zwiększyć zysk miasta i móc dalej zwiększać zatrudnienie znajomych w miejskich spółkach. I nie boje się teraz przypomnieć że za obecnych rządów zatrudnienie w urzędzie miasta wzrosło prawie o 30%. Bilet komunikacji miejskiej o 83%, metr sześcienny wody – 110%., ścieki – 162%. Podatek od nieruchomości płacimy wyższy o 46%., czynsze – o 165%. Koszt pobytu dziecka w żłobku jest wyższy o 122 %., a przedszkole zdrożały o 174%. Koniec! Solidarna Polska chce dzisiaj wykrzyczeć STOP OKRADANIU MIESZKAŃCÓW WARSZAWY! Stop nieprzemyślanym i niekonsultowanym z warszawiakami decyzjom. Stop bezmyślnemu zabieraniu dodatków dla szeregowych pracowników transportu miejskiego a powiększaniu pensji coraz liczniejszej armii niekompetentnych urzędników.
Solidarna Polska w Warszawie, przygotowując plany dla infrastruktury i transportu miejskiego na następną kadencje będzie brała pod uwagę nie rentowność i opłacalność tras, a potrzeby mieszkańców. Z Państwa pomocą chcemy opracować i urzeczywistnić realny rozwój komunikacji i infrastruktury miejskiej w Warszawie aby stworzyć to co jest potrzebne warszawiakom a nie urzędowi i marketingowcom. Plan dla Warszawy nie będzie powstawał w zaciszu biur przy Placu Bankowym, ale za pośrednictwem Internetu i spotkań w terenie u Państwa w dzielnicach. Wszystkich zapraszamy do współpracy i do tworzenia nowej i nowoczesnej Warszawy. Z innowacyjnymi rozwiązaniami na światowym poziomie dla dobra wszystkich mieszkańców naszego pięknego miasta. Solidarna Polska chce być solidarna z Panią Basią z Gocławia, z Panem Andrzejem z Michałowic i z Tomkiem, który przyjechał do Warszawy na studia na SGGW i aby być na zajęciach w poniedziałek o 8 rano, musi wyjść ze swojego akademika Krokus o 7.00 – a to jest tylko 5 kilometrów i jedna dzielnica dalej. To jest nienormalne i my mówimy temu dosyć!
Zapraszamy do współpracy wszystkich, którym leży na sercu przyszłość Warszawy. Pomysły, projekty i współpraca z mieszkańcami to będą filary tworzące program dla nowej i nowoczesnej Warszawy. Dla Warszawy Solidarnej. Solidarna Polska Warszawa Zapraszamy wszystkich do tworzenia tego planu dla nowej i lepszej Warszawy by dać przyszłość naszej Warszawie!

Rafał Fleszar
-Na podstawie wystąpienia na konwencji warszawskiej Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry
z dnia 20.04.2013.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

BUDOWA II LINII WARSZAWSKIEGO METRA JEDNĄ Z NAJDROŻSZYCH TEGO TYPU INWESTYCJI NA ŚWIECIE

źródło: Olga Kozacka
Zdjęcie

sobota, 13 kwietnia 2013

STANOWISKO RADY DZIELNICY OCHOTA W SPRAWIE NOWYCH ZASAD ODPŁATNOŚCI ZA ODPADY KOMUNALNE

Rada Dzielnicy Ochota m.st. Warszawy po zapoznaniu się z treścią Uchwały Rady Miasta st. Warszawy z dnia 7 marca 2013 r. w sprawie wyboru metody ustalenia opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi, ustalenia stawki takiej opłaty oraz ustalenia stawki opłaty za pojemnik określonej pojemności wyraża stanowczy sprzeciw wobec przyjętych zasad naliczania opłat oraz uchwalonych stawek.

Rada Dzielnicy Ochota m. st. Warszawy zdecydowanie negatywnie ocenia brak jakichkolwiek konsultacji z mieszkańcami, właścicielami domów jednorodzinnych, zarządami wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych na terenie Dzielnicy Ochota, które w oczywisty sposób powinny poprzedzać uchwalenie tak ważnego dla interesu społecznego aktu prawa miejscowego przez Radę Miasta Stołecznego Warszawy. Ponadto Rada Dzielnicy Ochota wyraża swoje niezadowolenie wobec kolejnego faktu pominięcia przy procedowaniu w tak istotnej sprawie opinii i stanowiska Rady Dzielnicy.

Rada Dzielnicy Ochota m. st. Warszawy stanowczo domaga się przeprowadzenia przez władze Warszawy szerokiej akcji informacyjnej adresowanej do mieszkańców Dzielnicy w sprawie nowych zasad gospodarowania odpadami komunalnymi. 


UZASADNIENIE 
W uchwale nr LI/1497/2013 Rady m.st. Warszawy z 7 marca 2013 r. przyjęto, że mieszkańcy budynków wielorodzinnych (bloków i kamienic) w zależności od wielkości gospodarstwa domowego będą ponosić następujące opłaty miesięczne: 19,5 zł w gospodarstwie jednoosobowym, 37 zł w dwuosobowym, 48 zł w trzyosobowym oraz 56 zł w cztero- i więcej osobowych gospodarstwach domowych. Natomiast mieszkańcy domów jednorodzinnych bez względu na wielkość gospodarstwa domowego zapłacą taką samą kwotę tj. 89 zł, bez względu na liczbę mieszkańców danego domu. Powyższe stawki dotyczą odpadów komunalnych, gdy są zbierane i odbierane selektywnie, natomiast w przypadku, gdy nie są zbierane i odbierane selektywnie, opłaty wynoszą odpowiednio od 27,30 zł do 78,40 zł w domach wielorodzinnych i 124,60 zł od gospodarstwa domowego w domu jednorodzinnym. Stawki opłat dla niezamieszkałych nieruchomości, na których usytuowane są obiekty handlowe, biurowce, urzędy i przedsiębiorstwa różnej wielkości będą uzależnione od odbioru ilości pojemników, przy czym opróżnienie pojedynczego pojemnika 120 l będzie kosztować 19 zł.

Z zawartego w Uchwale zestawienia opłat wynika, że mieszkańcy domów jednorodzinnych ponosić będą wyższe opłaty. Można przyjąć, że uchwała ich dyskryminuje, ponieważ nie można zakładać, że rodziny o tej samej liczebności członków wytwarzają więcej odpadów w domach jednorodzinnych niż analogiczne rodziny w domach wielorodzinnych. Nie do przyjęcia jest to, żeby osoba samotna zamieszkująca w domu jednorodzinnym ponosiła opłaty prawie 4,5 razy wyższe niż osoba samotna w domu wielorodzinnym.  Miasto powinno brać pod uwagę tak samo liczbę osób w domach jednorodzinnych jak i w mieszkaniach w budynkach wielorodzinnych. Z przedstawionego powyżej cennika opłat i przytoczonego przykładu wynika, że wysokość stawek nie ma związku z ilością wytwarzanych odpadów przez mieszkańców.
W obecnie obowiązującym systemie gospodarowania odpadami, mieszkańcy Warszawy ponoszą różne opłaty w zależności od przyjętego sposobu ich rozliczania, niemniej jednak  są one znacząco mniejsze od przyjętych w Uchwale, a w wielu przypadkach dwukrotnie, trzykrotnie lub nawet więcej. Takie dane przytaczają mieszkańcy oraz przedstawiciele wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych, zaniepokojeni i oburzeni faktem tak skandalicznej skali podwyżek w stosunek do obecnych cen rynkowych.
Należy podkreślić, że pomimo ustanowienia monopolu firmy, która wygra przetarg, a co za tym idzie ma możliwość zoptymalizowania kosztów własnych, wielokrotnie wzrasta opłata za wywóz odpadów. W ocenie mieszkańców przyjęty sposób naliczania opłat i przyjęte stawki wskazują na to, że władze Warszawy potraktowały gospodarowanie odpadami, jako sposób na osiąganie nieuzasadnionych zysków. Warto też podkreślić, że w procedowaniu nad przyjętą Uchwałą nie podano do publicznej wiadomości ekspertyz dotyczących kosztów nowego systemu gospodarowania odpadami.
Reasumując, można stwierdzić, że władze m. st. Warszawy znacznie przeszacowały koszty związane z odbiorem, transportem, odzyskiem i utylizacją wszystkich odpadów komunalnych. Warto też podkreślić, że ujawnienie firmom biorącym udział w przetargu,  cennika, według którego będą odbierane odpady od mieszkańców, stanowi zaprzeczenie zasad wolnego rynku i może spowodować zawyżenie ofert przetargowych.

Solidarna Polska w Warszawie przygotuje odpowiednie zmiany w ustawie, by skończyć z tym absurdem śmieciowym. Zostaną one zaprezentowane na konwencji 20 kwietnia br. w Sali Kolumnowej Sejmu. Zapraszamy :-) 

piątek, 12 kwietnia 2013

DRAMAT W WARSZAWSKICH PRZEDSZKOLACH

Łączone grupy maluchów i mniej opiekunów – tak będzie w Warszawie po wakacjach
Nie dość, że rząd wycofał się z projektu finansowania przedszkoli z budżetu, to w wielu placówkach od najbliższego roku szkolnego najprawdopodobniej obniżą się standardy opieki nad dziećmi. Nasi rozmówcy przekonują, że przedszkola zamienią się w przechowalnie dla dzieci. Wszystko dlatego, że samorządom zaczyna brakować pieniędzy na edukację.
„Bardziej efektywne zarządzanie"
Przykładem jest najbogatsze miasto w Polsce – Warszawa. Stołeczne biuro edukacji opublikowało tzw. wskaźniki zatrudnienia w przedszkolach.
– Wynika z nich, że każde przedszkole w Warszawie w nadchodzącym roku szkolnym powinno zwolnić jednego nauczyciela i dwoje pracowników personelu niepedagogicznego – mówi „Rz" Andrzej Kropiwnicki, przewodniczący Regionu Mazowsze „S" i jednocześnie warszawski radny.
Na tym nie koniec. Od września w przedszkolach zostaną połączone grupy dzieci trzy-, cztero- i pięcioletnich. Jak zapewnia Agnieszka Kłąb, rzecznik warszawskiego ratusza, te zmiany nie wpłyną na warunki opieki przedszkolnej, a za to „pozwolą na bardziej efektywne zarządzanie zasobami kadrowymi i finansowymi".
Innego zdania jest Kropiwnicki, który twierdzi, że przez to przedszkola zamienią się w przechowalnie dla dzieci.
15 minut dla dziecka
Jeszcze bardziej niepokojąco brzmią nieoficjalne informacje, które przekazali nam stołeczni nauczyciele oraz rodzice. Z ich wyliczeń wynika, że w najbliższym czasie w Warszawie pracę może stracić nawet kilka tysięcy nauczycieli, pracowników poradni psychologiczno-pedagogicznych, a także administracji.
– Efekt tych zmian będzie taki, że w moim przedszkolu dzieci niepełnosprawne zostaną bez terapeutów, lub będą mieli oni dla dzieci 15 minut dziennie – mówi jeden z rodziców. – Do tej pory nasze przedszkole dawało dzieciom niepełnosprawnym nie tylko opiekę, ale też kompleksową rehabilitację i indywidualny tok nauczania, co teraz będzie, nie wiem.
Dodaje, że z warszawskich przedszkoli zniknie funkcja nauczyciela prowadzącego grupę. Oznacza to, że zamiast jednego opiekuna grupy, przez cały okres przedszkola, do którego dzieci są przyzwyczajone, będzie z nimi pracował co chwila ktoś inny.
Dlaczego wprowadzane są takie zmiany? Z oszczędności. – Bo coraz częściej rodzice oddają dzieci do przedszkoli tylko na pięć bezpłatnych godzin – dodaje Kropiwnicki.
Z danych warszawskiego ratusza wynika, że w tym roku 7-8 proc. dzieci zapisanych do przedszkoli korzysta tylko z zajęć w czasie bezpłatnym, czyli do godz. 13. Do tego 25-30 proc. z powodu nieobecności nie uczestniczy w zajęciach.
Z drugiej strony gminy muszą zapewnić opiekę przedszkolną wszystkim pięcio- i sześciolatkom, ale starają się mieć miejsca także dla dzieci trzy- i czteroletnich.
ŹRÓDŁO: RZECZPOSPOLITA.PL 

                                                                                                     zdj. tomaszow-maz.eu       

środa, 10 kwietnia 2013

KONWENCJA SOLIDARNEJ POLSKI  20 KWIETNIA W WARSZAWIE 


Warszawskie struktury Solidarnej Polski organizują spotkanie dla członków i sympatyków Solidarnej Polski w Warszawie oraz wszystkich osób, zainteresowanych działalnością warszawskiej Solidarnej Polski w dniu 20 kwietnia br. (sobota) od godz. 12.00 do godz. 14.30 w Sali Kolumnowej Sejmu RP. Podczas konwencji zostanie zaprezentowany m.in. program "Solidarna Polska dla Warszawy". 

Gorąco i serdecznie zapraszamy wszystkich do udziału w tym tak ważnym wydarzeniu dla warszawskich struktur Solidarnej Polski. Zaproszenie to kierujemy do wszystkich, chcących zmienić nasze miasto na lepsze. Mamy nadzieję, że spotkamy się wszyscy 20 kwietnia br., dlatego prosimy abyście zarezerwowali ten czas na wspólne spotkanie. 

Osoby zainteresowane udziałem w tym wydarzeniu prosimy o przesłane swoich danych (imię i nazwisko) do dnia 18 kwietnia br. na adres poczty elektronicznej: biurozarzadu@solidarna.org.pl bądź kontakt telefoniczny pod numerem tel. (22) 856-31-79. 



poniedziałek, 8 kwietnia 2013



Wiceprzewodniczący Andrzej Romanek
wystąpił z wnioskiem do Prezydent Warszawy
o nadanie imieniem, zmarłej Margaret Thatcher,
nazwy jednej z ulic stolicy.


        Wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego Solidarna Polska, poseł Andrzej Romanek, wystąpił z wnioskiem, do Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy o nadanie nazwy jednej z nowych, kluczowych ulic miasta imieniem zmarłej w dniu dzisiejszym, byłej Premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Powodem takiej decyzji jest wola trwałego uczczenia pamięci osoby, która w trudnym dla Polaków okresie stanu wojennego, schyłku komunizmu oraz początków transformacji ustrojowej politycznie i mentalnie wspierała działalność wielkiego ruchu społecznego, jakim była „Solidarność”. W opinii większości Polaków, była Premier Wielkiej Brytanii, uchodzi za przyjazną Polsce; stanowczo przeciwstawiała się komunizmowi oraz potępiała wprowadzony w naszym kraju stan wojenny. Wspólnie z bł. Janem Pawłem II papieżem i Ronaldem Reaganem Prezydentem USA, przyczyniła się do upadku  „żelaznej kurtyny”, jaka podzieliła Europę po II Wojnie Światowej.
 
        W dowód uznania jej zasług dwa polskie Uniwersytety – Łódzki i Ekonomiczny w Poznaniu nadały jej stopień doktora honoris causa. Jest również Honorowym Obywatelem Miasta Poznania. W związku z tym, niewątpliwie, Warszawa jako stolica Polski powinna również uczcić pamięć tej niezwykłej osoby. Skoro po dziś dzień w Warszawie jest miejsce dla nazw ulic komunistycznych „bohaterów”, to oczywistym jest dla Polaków, że znajdzie się także dla Margaret Thatcher.
                      
                                                                                           fot. wikipedia.org 

niedziela, 7 kwietnia 2013

BIUROKRACJA I PREMIOWA ROZRZUTNOŚĆ EKIPY PO W WARSZAWIE

            Zgodnie z informacjami, jakie podał Tygodnik "Idziemy" w nr 14 z dnia 7 kwietnia 2013 r., o 35 % wzrósł stan kadr w Urzędzie m. st. Warszawy w czasie prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz (2007-2012). W tym czasie ilość urzędników wzrosła o 2.000 osób, a na premię i nagrody Urząd Miasta wydał w tym okresie 305 mln złotych. Nadzwyczajna hojność Pani Prezydent, której brakuje na tak podstawowe sprawy jak komunikacja miejska czy dodatki dla nauczycieli.....

                                                                                                  zdjęcie info-horyzont.pl 

piątek, 5 kwietnia 2013

PLATFORMA NIE RZĄDZI JUŻ NA TARGÓWKU :) 


Targówek jest kolejną warszawską dzielnicą, w której Platforma Obywatelska nie będzie rozdawać kart. Podczas czwartkowej sesji radni odwołali burmistrza Grzegorza Zawistowskiego. Nowy włodarzem został Sławomir Antonik. To spowodowało, że Platforma Obywatelska przeszła do opozycji.
Za odwołaniem obecnego zarządu dzielnicy głosowało 15 radnych, 8 było przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Za wyborem nowego włodarza - Sławomira Antonika głosowało 17 radnych, a 8 było przeciw. JEgo zastępcami zostali Andrzej Bittel (dotychczas wiceburmistrz Ursynowa), Janusz Marczyk, Wacław Kowalski i Agnieszka Szmulewicz.
Wybór Antonika był możliwy, bo jego klub (Spółdzielnia Bródno) dogadał się z PiS oraz radnymi niezrzeszonymi. Taki rozkład sił zepchnął PO do opozycji.Targówek to już kolejna dzielnica po Włochach i Ursynowie, gdzie PO  nie ma większości w radzie.
Zawistowski stracił poparcie zarządu warszawskiej Platformy. Jednym z powodów był brak jego współpracy z klubem radnych PO.
To spowodowało, że 15 marca złożył rezygnację ze stanowiska. Jednak po kilkunastu dniach wycofał się z tej decyzji. Dlaczego? Między sobą zaczęli się dogadywać radni niezrzeszeni, PiS i Spółdzielnia Bródno.
W tym samym czasie swojego kandydata wystawiła PO. Był nim Tomasz Mencina. Niegdyś burmistrz Ursynowa, odwołany po tym jak miasto przegrywało kolejno sprawy o wypłatę 120 mln złotych od Mostostalu, który wybudował z opóźnieniem Arenę Ursynów.
- Ostatecznie nie wystawiliśmy naszego kandydata, bo pozostałe klubu porozumiały się co do wspólnego kandydata czyli Antonika – mówi jedne z działaczy PO.
To już kolejna w ostatnich miesiącach zmiana w zarządach dzielnic. W październiku ubiegłego roku ze stanowiska wiceburmistrza Woli odwołano Ryszarda Modzelewskiego. Jego miejsce zajęła Katarzyna Łęgiewicz (wtedy wiceburmistrz Pragi Północ). Z kolei za nią powołano Edytę Fedorowicz.
W grudniu burmistrza Białołęki Jacka Kaznowskiego zastąpił Adam Grzegrzółka (wtedy wiceburmistrz Pragi Południe).
Pod koniec lutego nowym burmistrzem Rembertowa został Kacper Pietrusiński. Do tej dzielnicy przeszedł z Bielan, gdzie był wiceburmistrzem. Na razie nie wiadomo kto na Bielanach zajmie jego miejsce.
Niedługo PO już nie będzie rządzić w całej Warszawie :) 
źródło: tvnwarszawa
Sławomir Antonik, nowy burmistrz TVN 24
                           Sławomir Antonik, nowy burmistrz     FOT.TVN  24 


czwartek, 4 kwietnia 2013


Drogie rządy Platformy Obywatelskiej w Warszawie 



Photo: Bufetowa
fot. rebelya.pl 
Przez sześć lat rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz w Warszawie bilet komunikacji miejskiej zdrożał o 83 proc., metr sześcienny wody – 110 proc., ścieki – 162 proc. Podatek od nieruchomości płacimy wyższy o 46 proc., czynsze – o 165 proc. Koszt pobytu dziecka w żłobku jest wyższy o 122 proc., a przedszkole zdrożało o 174 proc. Pytanie co będzie za kolejne dwa lata na koniec kadencji...

Warszawa jednym z najbardziej zakorkowanych miast

Warszawa zajęła trzecie miejsce w Europie. Nie ma jednak powodów do dumy, bo chodzi o ranking miast najbardziej zakorkowanych. Gorzej, niż w stolicy Polski, jest tylko w Stambule i Moskwie, wynika z najświeższego raportu firmy TomTom. Warszawa to rozkopany plac budowy z coraz mniejszą liczbą kursujących autobusów, bez obwodnic, bez spójnej wizji infrastruktury miejskiej. Solidarna Polska domaga się przedstawienia przez Prezydent m. st. Warszawy realnej strategii rozwoju infrastruktury. 
Podstawowy wskaźnik raportu Congestion Index 2012 to średni poziom korków. Dla Warszawy wynosi on 42 proc. Oznacza to, że każda podróż przez stolicę jest o 42 proc. dłuższa, niż przy pustych ulicach. Dane te mają konkretne przełożenie na czas spędzony w samochodzie. Jeżeli w 2012 jeździliśmy codziennie na trasie, która zajmuje 30 minut, to korki zjadły nam 105 godzin.
Wynik ten daje nam niechlubne, trzecie miejsce wśród 59 największych miast Europy. Uplasowaliśmy się za Moskwą i Stambułem. Pocieszeniem może być fakt, że w stosunku do 2011 roku przyspieszyliśmy o 5 proc., jednak do średniej europejskiej, która wynosi 24 proc., wciąż nam daleko.
Dane zebrane przez firmę TomTom z samochodowych nawigacji pozwoliły też określić kiedy po Warszawie jeździ się najlepiej, a kiedy najgorzej. Najszybciej przez miasto jeździ się w poniedziałek wieczorem i w piątek rano.
Pierwszy i ostatni roboczy dzień tygodnia dzierżą tez palmę pierwszeństwa w kategorii największych korków. Szczególnie duże zatory tworzą się w poniedziałek rano i w piątek wieczorem.
Wskaźniki dla godzin szczytu mogą zdenerwować i tak tracących już cierpliwość warszawskich kierowców. Droga do pracy zajmuje w stolicy o 84 proc. czasu więcej, niż przy płynnym ruchu. Do domu wraca się jeszcze gorzej. Podczas wieczornego szczytu w samochodzie siedzimy o 88 proc za długo. Do każdej godzinnej trasy pokonanej w szczycie dołożyć trzeba 51 minut opóźnienia.
Najgorszym dla warszawskich kierowców dniem minionego roku był 18 grudnia. Gigantyczne korki spowodowane były opadami śniegu.
Najlepiej, czego można się było spodziewać, jeździ się w sobotę i niedzielę. Wskaźnik zakorkowania wynosi w tych dniach jedynie 19 proc.
W celu stworzenia indeksu porównane zostają czasy podróży w porach swobodnego ruchu oraz w godzinach szczytu. Uwzględnione w nim są drogi lokalne, przelotowe i autostrady, których łączna długość w stolicy została obliczona na 1005 kilometrów.
Wszystkie zebrane dane pochodzą z rzeczywistych pomiarów GPS. W Warszawie kierowcy z nawigacją TomTom przejechali w sumie 6 666 320 kilometrów.
Najbardziej przyjazne dla kierowców z 59 porównywanych w tym roku miast. okazały się Malmö, Malaga i Saragossa.

Najbardziej zakorkowane miasta Europy TomTom

                                                                                          źródło: tvnwarszawa 

wtorek, 2 kwietnia 2013

NIE dla likwidacji komunikacji 

Solidarna Polska protestuje przeciwko planom likwidacji tak wielu linii autobusowych.Może najwyższy czas, by władze miasta zaczęły oszczędzać od siebie. Tylko w ubiegłym roku wydały na premie ok. 43 miliony złotych.  Plany likwidacji tak kluczowych połączeń autobusowych jak np linie nr 175 czy 521 pokazują, że władze Warszawy  nie mają pojęcia o funkcjonowaniu miasta. Rozumiem, że urzędnicy zarządzający komunikacją korzystają wyłącznie ze służbowych samochodów. Może najwyższy czas zetknąć się z realnym życiem mieszkańców miasta...




                     fot. gazeta.pl 


http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,13608047,Bedzie_rzez_autobusow__Znamy_szczegoly_planowanych.html

Kolejna kompromitacja koalicji PO-PSL na Mazowszu. Przepadło 100 mln złotych

Przepadło 100 mln złotych na modernizacje linii kolejowej na lotnisko w Modlinie. Jak podaje portal Gazeta.pl Ekipa marszałka Adama Struzika straciła 100 mln zł unijnej dotacji na odbudowę bocznicy kolejowej do lotniska w Modlinie i rezygnuje z tego projektu. Inwestycję przejmą kolejarze. Kiedy położą tory, nikt jednak nie wie. 
 
Fot. Niepoprawni.pl

Linia kolejowa z warszawskiego Lotniska Chopina na Okęciu teraz kończy się na stacji PKP Modlin. Jeżdżą nią pociągi Kolei Mazowieckich. Podróż z Dworca Centralnego trwa 41 minut. Potem trzeba się wdrapać na kładkę, zejść z niej i przesiąść się do autobusu. To uciążliwe i niewygodne. Dlatego już 2,5 roku temu zapadła decyzja o wybudowaniu od nowa istniejącej bocznicy kolejowej. Tuż przed terminalem lotniska miała powstać podziemna stacja. [...]

Koszt inwestycji szacowano na 180-250 mln zł. Załapała się na listę projektów z tzw. specustawy o Euro 2012. Miało to usprawnić procedury, m.in. uzyskanie w ciągu miesiąca decyzji lokalizacyjnej. Jednak żeby się o nią starać, trzeba było mieć decyzję środowiskową, a tę z powodu odwołań ekologów Mazowsze zdobyło dopiero pod koniec zeszłego roku. Podwładni Adama Struzika przekonywali wtedy, że nie stanowi to przeszkody, by nadal korzystać ze specustawy. Mylili się. W marcu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że po Euro 2012 nie można już budować na Euro.
Mazowiecki radny SLD Grzegorz Pietruczuk spytał, co dalej. Marszałek Struzik odpisał mu, że trzeba by zmienić plan zagospodarowania przestrzennego, a to zajmie dużo czasu. Stwierdził, że bocznicę mogą więc wybudować tylko Polskie Linie Kolejowe.[...]

fot. nawalizkach.com.pl
Lotnisko w Modlinie nie działa od grudnia, bo trzeba naprawić nawierzchnię pasa startowego. Prac przy bocznicy ekipa marszałka Struzika nie potrafiła nawet zacząć. Boję się o ostatni projekt, czyli budowę sieci światłowodów na Mazowszu - wylicza. Do położenia jest aż ponad 3,6 tys. kabli. Jeżeli Mazowsze nie upora się z tym do końca 2014 r., przepadnie 340 mln zł unijnej dotacji. Na razie trwają rozmowy z trzema firmami, które zgłosiły się do przetargu.

Czytaj więcej na:
 http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,13662696,Nici_z_linii_kolejowej_na_lotnisko__100_mln_przepadnie.html


Dlaczego nie powinniśmy wchodzić do strefy euro?

Po co nam integracja europejska?
Od dawna się zastanawiam, jaki jest motyw tego owczego pędu narodów Europy do tworzenia superpaństwa z wielu mniejszych, bardzo przecież zróżnicowanych pod względem gospodarczym i kulturowym krajów. Co się stało takiego, że narody, które przez setki lat wojowały ze sobą, walczyły i wyrzynały się wzajemnie, nagle zapałały chęcią życia w jednym superpaństwie? Dlaczego sukcesywnie oddajemy obcym nam od zawsze i wrogo nastawionym nam w przeszłości narodom, atrybuty niepodległości, które z takim trudem wywalczyli nasi przodkowie? Skąd chęć do życia w takim jednym zbiorowym kołchozie?
Dlaczego nie wystarczy nam swobodny przepływ kapitału i ludzi między krajami członkowskimi? Czyż nie taka była idea EWG? Co się zmieniło? Dlaczego chcemy burzyć ściany i łączyć nasze mieszkanie z mieszkaniami sąsiadów, wspólnie tym jednym połączonym mieszakaniem zarządzać, uzgadniać kolor ścian, wystrój wnętrz, robić wspólnie zakupy, wspólnie gotować i spożywać posiłki, wspólnie żyć? Po co nam problemy sąsiadów, ich nawyki, wady, przyzwyczajenia? Czy nie lepiej żyć, może w ciasnym, ale własnym mieszkaniu i być samemu sobie panem i robić to, na co mamy ochotę?
Po co istnieje strefa euro?
1 stycznia 2012 roku waluta o wdzięcznej nazwie „euro” obchodziła dziesięciolecie swojego istnienia. W formie rozliczeń bezgotówkowych istniała co prawda od 1999 roku, ale jako pieniądz gotówkowy dopiero od 2012 r. Wspólną walutę wprowadzono na podstawie Traktatu z Maastricht. Początkowo program objął 12 państw: Niemcy, Francję, Belgię, Holandię, Luksemburg, Irlandię, Finlandię, Włochy oraz ... Hiszpanię, Portugalię i Grecję, a następnie, systematycznie dokooptowywano do systemu kolejne gospodarki: Słowenię w 2007, rok później Cypr i Maltę, w 2009 r. Słowację, a w 2011 – Estonię. Celem wprowadzenia wspólnej waluty, było – jak zapewniali wówczas politycy - „pogłębienie integracji i budowa powszechnego dobrobytu”. Przezornie jednak do systemu nie weszły trzy kraje, które były członkami UE w 2002 r.: Wielka Brytania, Dania i Szwecja.
Kraje, które zdecydowały się wziąć udział w tym eksperymencie zlikwidowały swoje waluty i banki centralne, ich kopmetencje oddając Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który odtąd miał za zadanie kreowanie polityki pieniężnej we wszystkich dwunastu mocno zróżnicowanych pod względem gospodarczym krajach Unii Europejskiej.
Wspólna waluta, miała i nadal zresztą ma tylko jedną zaletę: eliminuje całkowicie ryzyko kursowe w obrocie gospodarczym. To ważne z punktu widzenia stabilności funcjonowania przedsiębiorstw, które nie musiały się odtąd martwić wahaniami kursów walut. Ich nadmierna fluktuacja powoduje bowiem sytuacje, że konkretna inicjatywa gospodarcza, która jest opłacalna w chwili podejmowania decyzji o jej powzięciu, a za kilka miesięcy, wskutek umocnienia się krajowej waluty, opłacalna być już nie musi. To ryzyko zostało wyeliminowane i to niewątpliwie jest bardzo dużo.
Zaleta wspólnej waluty jest jedna i jedyna, do tego sprawdza się wyłącznie w okresie prosperity, natomiast wad jest dużo więcej, o czym państwa członkowskie miały się przekonać już wkrótce.
Skąd ten kryzys?
Jest rok sierpień 2008 r. Upada najstarszy i potężny amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers, który nafaszerowany był do granic możliwości najnowszym wynalazkiem amerykańskich finansistów – tzw. toksycznymi papierami, czyli obligacjami zabezpieczonymi kredytami hipotecznymi udzielonymi klientom bez zdolności kredytowej. Okazało się bowiem, że zabezpieczenie to jest nic nie warte. Był to przysłowiowy kamyk, który spowodował lawinę. Świat zalało finansowe tsunami. Okazało się, że ekspozycje na amerykańskie toksyczne papiery miały również banki strefy euro, które chcąc ratować własną płynność wstrzymały finansowanie gospodarki wywołując kryzys gospodarczy, który obnażył wady eksperymentu pod nazwą „strefa euro”.
Pogorszenie wskaźników gospodarczych poszczególnych krajów spowodowało wyprzedaż obligacji państw najbardziej zadłużonych z obawy o ich niewypłacalność. Na pierwszy ogień poszła Grecja, najbardziej zadłużone państwo euro strefy. Spekulacyjny atak na grecki dług spowodował wzrost rentowności obligacji tego kraju z ok. 5% w 2009 roku, do ponad 10% w 2010 roku i 34% w 2012, przy czym poziom 10% uznawany jest za pułap, którego państwo nie jest w stanie obsłużyć. Przy tym poziomie długu, ponad 100% w stosunku do PKB, Grecja musiałaby wydawać na same odsetki znaczną część swojego PKB. Kraj ten więc został odcięty od możliwości pożyczania pieniędzy, a w dobie zapaści gospodarczej nie był w stanie wypracować niezbędnych przychodów pozwalających pokryć bieżące wydatki. Władze Grecji zwróciły się więc do UE, aby w ramach tzw. „solidarności europejskiej” udzieliły jej pożyczki.
Co było dalej wszyscy pamiętamy: do Aten przyjechali przedstawiciele tzw. Trojki (MFW, EBC i UE) i oznajmiły, że udzielą jej pożyczki, pod pewnymi warunkami, min. obniżenia rent i emerytur, płac w sferze budżetowej, zredukowania administracji, podwyższenia podatków i obniżenia wydatków, wyprzedaży państwowych przedsiębiorstw etc. Grecja wykonała polecenia pożyczkodawców co spowodowało gwałtowny spadek PKB. Podnosząc podatki i obcinając socjal rząd Grecji stłumił popyt wewnętrzny, z powodu braku środków spadły do zera inwestycje rządowe, a brak własnej waluty nie spowodował wzrostu konkurencyjności eksportu. Później podobne, choć w mniejszym stopniu, kuracje przeszły Włochy i Hiszpania, czego efekt jest widoczny do dzisiaj. Kraje te znajdują się w pernamentnej, trwałej recesji.
Solidarność europejska to fikcja
Grecja nie miała innego wyjścia jak poprosić instytucje międzynarodowe o pomoc finansową. Wchodząc do strefy euro, sądziła naiwnie, że taką pomoc w razie potrzeby bez problemu uzyska. Wszak tyle się mówi na europejskich salonach o solidarności europejskiej. Pomoc oczywiście uzyskała. Może nawet nie pomoc, lecz jałmużnę. Jałmużnę dlatego, że Grecja tej pożyczki nigdy nie spłaci. Nie mogąc zdewaluować własnej waluty, której lekkomyślnie pozbyła się kilka lat wcześniej, gospodarka grecka nie odzyska nigdy konkurencyjności, bezrobocie nie spadnie, popyt wewnętrzny nie wzrośnie, chyba, że w części generowanej przez zagranicznych turystów. Rząd Grecki będzie się cieszył, jeśli PKB przestanie spadać. Tak funcjonująca gospodarka nie będzie w stanie wygenerować nowych miejsc pracy, a tym samym dostatecznej ilości wpływów do budżetu z podatków na finansowanie administracji czy systemu emerytalnego. Bezrobocie wśród młodych wynosi ponad 40%, co oznacza, że niemal co drugi młody Grek nie ma pracy i jest na utrzymaniu rodziców. Skoro nie ma pracy, to nie założy rodziny, nie będzie miał dzieci, które nie wejdą za jakiś czas na rynek pracy, aby finansować emerytury swoich dziadków. To stracone pokolenie. Powiem więcej – to stracony naród. Dumny naród będący kolebką europejskiej cywilizacji został zniszczony, sponiewierany, zdeptany. Młodzi Grecy wyjadą za pracą do Niemiec, zostawiając w kraju wymierające pokolenie swoich rodziców i dziadków. Za 20-30 lat, Grecja będzie gospodarczą i demograficzną pustynią, z garstką obywateli utrzymujących się gównie z turystyki i bakszyszu. Wszystko przez ten jeden błąd, który naród ten popełnił w 2002 roku. Ale skąd mógł wiedzieć, jak się to zakończy? My, Polacy, dziś o tę wiedzę jesteśmy bogatsi.
W UE nie ma solidarności. Bo co to za solidarność, kiedy prosi się przyjaciół o pożyczkę, a oni owszem, pożyczą, ale najpierw zniszczą proszącemu dom, zgwałcą żonę, a na koniec zmasakrują mu twarz?
Polska jak Grecja?
Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. Polska wchodzi do strefy euro. Likwidujemy NBP i złotego. Po jakimś czasie dochodzi do ataku spekulacyjnego na rynek polskiego długu. Rentowność obligacji rośnie do 10%. Nie jesteśmy w stanie spłacać nawet odsetek. Premier, powiedzmy, Donald Tusk, prosi Trojkę o pomoc finansową. Przyjeżdżają, słuchają wywodów premiera, kręcą nosem, spoglądają na siebie wzajemnie.
- Herr Tusk, podnosisz pan podatek dochodowy z 19% na 25%, VAT z 23% na 28%, wiek emerytalny z 67 na 70 lat, emerytury i płace w budżetówce ścinasz pan o połowę, sprzedajesz pan KGHM, PKN, PKO i PZU, i dodatkowo opodatkowujesz pan depozyty obywateli stawką 20% - mówi stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu, głosem przewodniczący delegacji Trojki.
- Depozyty? Jak to depozyty obywateli? – pyta nieśmiało drżącym głosem premier polskiego rządu. – To jest niezgodne z naszą konstytucją...
- To ją zmieńcie – odrzekł siedzący obok przedstawiciel MFW.
- Ale my nie mamy większości konstytucyjnej – tłumaczy premier.
- To pański problem Herr Tusk. Idź pan na kolanach do szefa opozycji i proś pan o poparcie – słyszy w odpowiedzi. – Jak już Pan te warunki spełni, to proszę nas powiadomić. Wracamy – rzuca do kolegów z Trojki.
To nie jest political fiction, ale scenariusz bardzo prawdopodobny. I wcześniej czy później z pewnością się wydarzy, jeśli wejdziemy do strefy euro w takim kształcie, w którym funkcjonuje obecnie.
Po co nam złoty?
Po pierwsze, choć nie najważniejsze, jest to atrybut niezależnej państwowości. Po drugie, choć również nie najważniejsze, narzędzie zarządzania gospodarką. Po trzecie, i najważniejsze, jest to ochrona przed kryzysem. Kiedy gospodarka kraju słabnie, spada popyt wewnętrzny, obywatele mają mniej pieniędzy i mniej kupują, rząd mniej wydaje na inwestycje, wówczas jedyną nadzieją pozostaje trzeci składnik PKB – eksport. W czasach kryzysu waluta krajowa słabnie, rosną kursy walut zagranicznych, co powoduje iż ceny naszych produktów są dla zagranicznych kontrahentów bardziej atrakcyjne. Wówczas jest szansa, że eksport się zwiększy i nadrobi ubytek w części popytu wewnętrznego czy inwestycji rządowych. Dzięki temu bezrobocie ma szansę przestać rosnąć, wpływy do budżetu spadać, gospodarka przestanie się kurczyć. Łatwiej będzie wyjść z kryzysu.
Bez tego czynnika, bez tego amortyzatora, bez tego swoistego rodzaju wentyla bezpieczeństwa, polska gospodarka będzie skazana na pogłębienie kryzysu i jałmużnę ‘Wielkiej Trójki’.
W skrajnych przypadkach możliwe jest również zdewaluowanie własnej waluty. Nazywa się to wojną walutową. Wtedy gospodarka kraju, który zdewaluował własną walutę jest bardziej konkurencyjna w stosunku do gospodarek sąsiadów. Produkuje taniej. Czy to się sąsiadom może nie podobać? Może. Często się nie podoba. Ba, nawet zawsze. Czy u progu idei powstania wspólnej waluty, nie było przypadkiem pozbawienie gospodarczych konkurentów tego właśnie narzędzia stymulowania własnej gospodarki? Pytanie, moim zdaniem, retoryczne.
Mając własną walutę Polska jest względnie bezpieczna i nie podzieli losu Grecji. Oczywiście, atak spekulacyjny na polski dług jest możliwy, ale mało prawdopodobny. Co wtedy może zrobić kraj, odcięty od źródeł zewnętrznego finansowania? W ostateczności uruchomić drukarki banku centralnego. NBP mógłby, po drobnej przeróbce ustawy o NBP, skupować polski dług obniżając jego rentowność. Tak jak robi to FED oraz Bank of Japan. Oczywiście wszystko we właściwych proporcjach i przy właściwym ukierunkowaniu strumieni pieniądza w gospodarce.
Dyletanctwo ekonomiczne Trojki
Kolejnym argumentem za nieprzystępowaniem do strefy euro jest sposób gaszenia pożarów przez Trojkę, która robi to ... oliwą. Jeśli jakiś kraj traci płynność finansową, Trojka wymusza na nim podwyżkę podatków, zwolnienia w administracji, redukcję wysokości świadczeń socjalnych. Wszystko to powoduje spadek popytu wewnętrznego, wyhamowanie produkcji, wzrost bezrobocia. Najciekawsze jest jednak to, że przedstawiciele Trojki są zdziwieni, że po zaaplikowaniu gospodarce tych rozwiązań recesja nie ustępuje, a wręcz przeciwnie, pogłębia się. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, żeby wiedzieć, że jak się komuś pieniądze zabierze, to on nie będzie wydawał. A bez wydatków nie ma podatków. Budżet żyje głównie z VAT-u, a ten jest wliczony do produktu finalnego.
Gospodarkę podnosi się z zapaści albo dewaluując walutę, czyli pobudzając eksport albo pobudzając popyt wewnętrzny wpompowując do niej gotówkę. Jeśli gotówki nie ma, to się ją pożycza. Albo drukuje, jak USA czy Japonia. Długi się spłaca wówczas, kiedy gospodarka kwitnie, ale nie wcześniej. A eurogrupa nakazuje krajom bez płynności finansowej redukować zadłużenie i podpisywać zobowiązania o maksymalnym pułapie długu do PKB. Czyli idzie w zupełnie przeciwnym kierunku. Moim zdaniem poziom zadłużenia w stosunku do PKB nie jest problemem, ważny jest koszt obsługi tego długu. Stosunek długu do PKB Japonii wynosi ponad 200% i kraj ten świetnie sobie radzi, w USA wskaźnik ten wynosi 160% i gospodarka rozwija się świetnie. W Polsce wynosi 55% i wpadamy właśnie w stagnację.
Kiedy wejść do strefy euro?
Moim zdaniem nie powinniśmy tam wchodzić w ogóle, a skoro już bardzo chcemy, to trzeba poczekać jak rozwinie się sytuacja. Możemy też zostawić tę decyzję następnemu pokoleniu, pokoleniu naszych dzieci i wnuków. Niech oni decydują. Dlaczego mamy podejmować za nich decyzję? Podzielmy się decyzyjnością z następnymi pokoleniami.
Podstawowymi warunkami, aby w ogóle rozmawiać o unii walutowej z Grecją, Portugalią i Cyprem, są:
- wprowadzenie euroobligacji, czyli jednych obligacji dla wszystkich państw strefy euro. Wyeliminuje to ryzyko spekulacyjnego ataku na dług któregoś z państw członkowskich, który nie mając własnej waluty, nie może się przed nim obronić. Ten sam poziom oprocentowania dla wszystkich członków tej samej strefy walutowej jest bardzo ważne, skoro wszystkich obowiązuje ta sama stopa referencyjna. Dopiero wtedy można mówić o solidarności europejskiej. Nie jest to jednak możliwe bez centralnego sterowania wydatkami poszczególnych państw przez Komisję Europejską. A to już bardzo głęboko posunięta integracja. Za głęboko.
- ustalenie procedury wyjścia ze strefy euro. Wejście do strefy euro nie może być biletem w jedną stronę. Musi być z góry ustalona procedura wyjścia z unii walutowej w dowolnym momencie przez dowolny kraj.
Równie ważne w kontekście naszego przystąpienia do euro strefy jest przyszłe zachowanie EBC, w czasie kiedy już kryzys zostanie zażegnany. Kluczowe jest zachowanie EBC, kiedy gospodarka niemiecka będzie się rozwijać na tyle, że będzie tworzyła presję inflacyjną, a gospodarka Włoch i Hiszpanii pozostanie w stagnacji. Czy EBC pozwoli na inflację w Niemczech czy pogłębi problemy południa? Stawiam na to drugie. Wtedy nie będzie wątpliwości, kto rządzi Unią.
Kto zarabia na strefie euro ...
Po wprowadzeniu wspólnej waluty w 2002 roku, państwa Europy zachodzniej utraciły możliwość dewaluacji własnej waluty, a tym samym obrony przed konkurencją zagranicznych producentów. Od tej pory przedsiębiorcy muszą więc rywalizować ze sobą wyłącznie konkurencyjnością własnych produktów. Nie trudno zgadnąć, że w tej konkurencji nawiększe szanse ma najsilniejsza i najbardziej rozwinięta gospodarka niemiecka. Po wprowadzeniu wspólnej waluty Niemcy stały się „Chinami Europy” odnotowując z roku na rok znaczną nadwyżkę w bilansie handlowym z innymi państwami unii walutowej. I kryzys w tym im wcale nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, pomaga. W 2012 roku, kiedy strefa euro zanotowała kolejny spadek dynamiki PKB, tym razem o 0,6%, Niemcy osiągnęły najwyższą w swojej historii nadwyżkę w bilansie handlowym z innymi krajami strefy euro w wys. około 200 mld USD , czyli mniej więcej tyle co Chiny.
... i kryzysie?
Ze względu na pogarszającą się kondycję pozostałych krajów strefy euro, większym popytem zaczęły się cieszyć obligacje niemieckie, które odnotowały historyczny spadek rentowności, momentami przyjmując wartości ujemne. Przed kryzysem oprocentowanie niemieckich 10-letnich obligacji rządowych wahało się w granicach 4,0 – 4,6%. Dziś wynosi 1,28% , czyli około 3,5 raza mniej. Przy 3 bilionach euro długu publicznego (82% w stosunku do PKB w wys. 3,6 bln euro) daje to wymierne korzyści.
Dzięki obecnemu kryzysowi wiele krajów unii walutowej zrozumiało swój błąd sprzed kilku lat. Niestety, jest już za późno. Obecnie nie ma procedury wyjścia kraju ze strefy euro. Wspólna waluta okazała się pułapką, która zamiast przynieść dobrobyt ich członkom przyniosła wielu z nich recesję, bezrobocie i biedę. Dążenie dzisiaj polskich władz do wprowadzenia naszego kraju do wspólne strefy walutowej jest działaniem na jego szkodę. Minister spraw zagranicznych powiedział niedawno, że do strefy euro powinniśmy wejść choćby „jutro rano”, gdyż dzięki temu będziemy w „ścisłym gronie decyzyjnym”. Pomijając ingnorancję ekonomiczną ministra, chciałbym zadać mu pytanie: o czym mielibyśmy decydować? O ile zredukować administrację, o ile obniżyć emerytury, w jakim stopniu zredukować lokaty obywateli, żeby otrzymać od Trojki zapomogę? Czy minister nie pamięta, że Grecja i Cypr też są w strefie euro i o niczym, poza powyższym, decydować nie mogą?
Sławomir Grabias
Solidarna Polska