niedziela, 14 lipca 2013

OSTATNI TYDZIEŃ ZBIÓRKI PODPISÓW - UWOLNIJMY RAZEM STOLICĘ OD PO


Zaczyna się ostatni tydzień zbiórki podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum ws. odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz z funkcji Prezydenta Warszawy. Wszystkich, którzy jeszcze nie złożyli swojego podpisu, zapraszamy do siedziby SP przy ulicy Pięknej 1B w Warszawie od poniedziałku do piątku w godz. 9.00 - 17.00 celem złożenia podpisu (nr tel 669 004 128). Można się także w tej sprawie (jak również w innych) kontaktować z naszymi pełnomocnikami w poszczególnych dzielnicach. Ich listę podajemy poniżej: 

- dz. Bemowo: Aleksandra Słomkowska, 791 684 521, aleksandra.slomkowska@gmail.com

- dz. Białołęka: Rafał Fleszar, 608 772 706, raffaele@autograf.pl

- dz. Bielany: Jan Łada, 695 540 760, solidarnapolska.bielany@gmail.com

- dz. Ochota: Paweł Szabłowski, 665382441, pszab@interia.pl

- dz. Praga-Południe: Robert Wodyński, 888 212 222, rt.w@interia.pl

- dz. Praga-Północ: Robert Wodyński, 888 212 222, rt.w@interia.pl

- dz. Śródmieście: Agnieszka Bogucka, 602 310 209, solidarnapolska.waw.srodmiescie@gmail.com

- dz. Targówek: Wojciech Gajewski, 606 577 989, wojciechgajewski@gmail.com

- dz. Ursus: Adrian Matusik, 695 336 626, adrian.matusik@gmail.com

- dz. Włochy: Adrian Matusik, 695 336 626, adrian.matusik@gmail.com

- dz. Ursynów: Bartłomiej Stróżka, 785 413 867, bartlomiej.strozka@gmail.com

- dz. Wawer: Rafał Jama, 602 408 321, jama26@interia.pl

- dz. Wilanów: Bartosz Nagórski, 692 766 936, bnagor@poczta.onet.pl

- dz. Wola: Mateusz Gros, 504 585 444, mateusz182@yahoo.com

- dz. Żoliborz: Dariusz Kabziński, 515 637 994, dariusz.solidarnapolska@gmail.com

- dz. Rembertów: Rafał Jama, 602 408 321, jama26@interia.pl

- dz. Wesoła: Rafał Jama, 602 408 321, jama26@interia.pl

czwartek, 4 lipca 2013

Zgodna współpraca PiS i PO przy dzieleniu stanowisk. Interes mieszkańców nie ma żadnego znaczenia.

Nic tak nie łączy warszawskich działaczy PiS i PO jak dzielenie stanowisk i obsadzanie ich swoimi ludźmi. Brak dyskusji o realnych problemach mieszkańców, najważniejsze są stanowiska i kasa, reszta się nie liczy. 

Polityczny zgrzyt wśród zbierających głosy za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz: PiS - na co dzień sojusznik Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej - zrzuca ze stanowiska Marka Makucha wiceprzewodniczącego rady Woli i pełnomocnika komitetu referendalnego.
Zmiana jest możliwa dzięki poparciu PO, którą PiS zamierza politycznie pogrążyć w referendum. Projekt poparł Jarosław Kaczyński. Partia zbiera podpisy pod wnioskiem o odwołanie prezydent, na ulicach stoją PiS-owskie stoliki, na nich PiS-owskie formularze. Istnieje także drugi front: mimo referendum warszawska PO układa się politycznie z PiS, partie nadal dzielą stanowiska w stołecznym samorządzie.

Personalne ambicje dotyczą najniższego szczebla samorządu, czyli dzielnic. Okazuje się, że chwilę przed startem zbiórki podpisów pod wnioskiem o referendum oba duże ugrupowania umówiły się na personalne roszady w samorządach Ursynowa i Woli. Zaczęło się u burmistrza Piotra Guziała. Ursynowski PiS poparł opozycyjną PO i wiceprzewodniczącym rady dzielnicy mógł zostać Michał Matejka z władz ursynowskiej Platformy. Za odzyskanie skromnych wpływów w swoim ursynowskim mateczniku PO miała odwdzięczyć się PiS na Woli. Partia chciała odebrać fotel wiceprzewodniczącego Markowi Makuchowi. To dawny PiS-owski działacz, szef klubu w radzie miasta, którego obecna ekipa liderów wywodząca się z CBA najpierw posłała do rady dzielnicy, a gdy potem przeszedł do Solidarnej Polski, uznała za zdrajcę. 
Zmiany miały przejść gładko. W trakcie pojawił się wniosek o referendum, a Piotr Guział zrobił Marka Makucha pełnomocnikiem komitetu referendalnego. Nowa sytuacja zniechęciła PO. Radni Woli ociągali się z realizacją umowy, przeciwni umacnianiu wpływów PiS w dzielnicy.

Tym bardziej, że namaszczony na następcę Makucha radny PiS Piotr Milowański robi u boku wiceprezesa Mariusza Kamińskiego udaną karierę. Ma 25 lat, ale zdążył już z nadania partyjnego dostać posadę w mazowieckiej wojewódzkiej komendzie Ochotniczych Hufców Pracy, potem dostał pracę w centrali partyjnej. Drogę otworzył mu kilka lat temu poseł Mariusz Błaszczak, u którego był asystentem społecznym. Teraz Milowański rządzi PiS na Woli. Lokalna PO zmieniła zdanie po interwencji posła Marcina Kierwińskiego, który jest wiceprzewodniczącym warszawskiej PO i szefem partyjnego koła w ursynowskim mateczniku. W pierwszej rozmowie z "Gazetą" Kierwiński twierdził, że tematu nie praktycznie zna, bo jest zbyt lokalny. Gdy jeden z działaczy PiS powiedział nam, że przedstawiciele jego partii właśnie od Kierwińskiego domagali się realizacji zobowiązań - poseł o sprawie sobie przypomniał. Mimo trwającej zbiórki podpisów pod odwołaniem pani prezydent, lokalni działacze PO dostali partyjne polecenie, by podpisali się pod wnioskiem o usunięcie Marka Makucha, gdyż bez tego poparcia niemożliwe było przeprowadzenie roszady.

- To normalne, że duże partie muszą mieć reprezentantów w prezydium obu rad dzielnic - mówi Kierwiński.

Oba ugrupowania zdecydowały się na porządki u schyłku kadencji. PO straciła fotel wiceprzewodniczącego niedługo po wyborach samorządowych 2010 r., zaś PiS nie mógł pozbyć się Marka Makucha od roku.

Roszada jest w trakcie. Jarosław Krajewski, rzecznik warszawskiego PiS zapewnia, że między jego partią a Warszawską Wspólnotą Samorządową nie ma "napięcia". Inaczej sprawę widzi Piotr Guział, którego stowarzyszenie traci na umowie między dwoma dużymi partiami. - To jest uderzenie w twarz Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej - mówi o rychłym odwołaniu Marka Makucha. - Będę domagał się wyjaśnień od prezesa Mariusza Kamińskiego. Chwilę po rozmowie przysłał sms-a: "PiS uderzając w pełnomocnika referendalnego, nie przestrzega politycznego savoir vivre i pokazuje brak manier, dając pożywkę dla spekulacji o przyszłych sojuszach z PO".  
źródło: warszawa.gazeta.pl

Dramatyczna sytuacja na podmiejskiej linii średnicowej - kto odpowie za bałagan i fatalną organizację ?

Od soboty 29 czerwca br. kolejarze rozpoczęli remont mostu na podmiejskiej linii średnicowej. Spowodowało to gigantyczne utrudnienia. Niestety jak zawsze fatalne działa informacja na peronach, pasażerowie nie są w stanie dowiedzieć się o opóźnieniach pociągów. Na liniach podmiejskich kilkudziesięciominutowe spóźnienia są standardem. Przy tak dużej inwestycji nikt nie przejmuje się pasażerami, którzy jakoś muszą dojechać do pracy czy zdążyć na spotkanie. Pasażerowie powinni żądać odszkodowania za poniesione straty, wstyd że w XXI wieku nie można zorganizować sprawnie komunikacji. 

Dramatyczne sceny rozgrywają się w tym tygodniu w pociągach podmiejskich. Na torach panuje totalne zamieszanie z powodu remontu linii średnicowej i poważnej awarii na stacji Warszawa Lotnisko Chopina. Usuwanie jej skutków może potrwać nawet do września.

Nasza czytelniczka Anna Węgłowska chciała podjechać z Dworca Zachodniego do następnej stacji we Włochach. Jak pisze, została dwukrotnie uwięziona w pociągach. "Na Zachodnim panował taki chaos i było tyle opóźnionych kursów, że bałam się wsiadać do czegokolwiek bez pytania ludzi i kolejarzy". Znalazła w końcu skład w kierunku Sochaczewa, który miał ruszyć o godz. 16.37. Nikt jednak nie uprzedził podróżnych, że zepsuła się klimatyzacja i zablokowały drzwi. W tym czasie z sąsiedniego toru odjechał inny pociąg. Pusty. Wtedy ludzie tak się zdenerwowali, że prawie doszło do bójki, jeden ze wzburzonych pasażerów zaczął szarpać kolejarza.

"Następny pociąg, do którego udało mi się dostać, wprawdzie ruszył, ale zaraz przed moją stacją we Włochach zatrzymał się i stał chyba ze 20 minut. Byłam już tak blisko celu, ale nie mogłam przecież wyjść i iść torami. Na miejsce dotarłam zmęczona, mokra (jest dość gorąco na przesiadywanie w pociągach i tłumie), a do tego kompletnie załamana wizją jazdy tą trasą drugi raz za tydzień" - pisze pani Anna.

Zabawa w kolej(kę)

Inni mają podobne wrażenia na co dzień. Problemy na kolei nasilają się od ostatniego weekendu, gdy spółka PKP Polskie Linie Kolejowe zamknęła podmiejską część mostu średnicowego. Jego remont będzie trwać przez całe wakacje. To nie pierwszy raz, gdy latem kolejarze wyłączają ruch na coraz to nowym odcinku tej ruchliwej trasy. Skutek jest taki, że większość pociągów dojeżdża teraz tylko do dworców Wschodniego i Zachodniego. Dalej trzeba się przesiadać. Do tego z powodu budowy stacji Ursus-Niedźwiadek, która ciągnie się od zeszłego roku, wprowadzono tam ruch wahadłowy po jednym torze.

"Codziennie do pracy w Warszawie dojeżdżają koleją tysiące ludzi. Wszyscy oni spóźniają się do pracy, a po pracy nie mogą załatwić spraw w urzędach, zrobić zakupów, a czasem nawet poczytać dzieciom przed snem. Wszystko przez panie i panów, którym praca na kolei pomyliła się chyba z zabawą dziecięcą kolejką" - skarży się Artur Kurpiewski, prosząc "Gazetę" o interwencję. Dojeżdża z Brwinowa. Na tej linii od początku roku rozkład jazdy zmieniano - jak pisze - już ze cztery razy. Na Dworcu Zachodnim pan Artur przesiada się do pociągu w kierunku Służewca, gdzie pracuje. Oblicza, że punktualne kursy trafiły mu się w tym czasie ledwie przez kilka dni. To na tej trasie zdarzyło mu się usłyszeć w tym tygodniu, że pociąg utknął w korku przed Dworcem Zachodnim.

Twarde lądowanie

Na linii do Służewca pasażerowie mają teraz wyjątkowo ciężko, bo 1 lipca zawieszono jedną z linii SKM (S3) z Legionowa. To skutek wykolejenia pociągu w tunelu przy stacji Warszawa Lotnisko Chopina. Stało się to 23 czerwca, ale aż blisko tydzień zajęło usuwanie rozbitego składu SKM-ki. To jeszcze nie koniec kłopotów, bo teraz trzeba naprawić zniszczony rozjazd za stacją. Jest objęty gwarancją, a firma, która jej udzieliła, chce usuwać skutki wypadku aż do 15 września. - Prace mają być prowadzone głównie nocami - przekazał nam wczoraj Robert Kuczyński, rzecznik PKP Polskich Linii Kolejowych.

Z wiarygodnego źródła wiemy, że fatalne w skutkach wykolejenie spowodował pracownik tej spółki - doszło do przełożenia zwrotnicy w momencie, gdy przejeżdżał po niej pociąg. Rzecznik PKP PLK powiedział tylko, że sprawę wciąż bada komisja, która na podanie przyczyn wypadku ma 21 dni.

Tymczasem pociągi na lotnisko, które obsługują przede wszystkim popularną w godzinach szczytu stację Służewiec, kursują bardzo nieregularnie. Po zawieszeniu linii S3 są duże odstępy między kolejnymi kursami. W dodatku większość składów podmiejskich z Legionowa dociera teraz do Dworca Gdańskiego. Tutaj trzeba się przesiadać, a metro ma przerwaną trasę w Śródmieściu - raz na 7-8 minut podjeżdża tylko do pl. Bankowego.

Na szczęście wczoraj Zarząd Transportu Miejskiego poinformował, że problemy pasażerów z Legionowa potrwają tylko do piątku - udało się przekonać kolejarzy, by od 6 lipca wpuścili SKM-kę z tego miasta na linię średnicową przez Dworzec Centralny. Wprawdzie nie dojedzie do samego lotniska, ale najważniejsze, że zawiezie podróżnych do przystanku Warszawa Służewiec. 
źródło: warszawa.gazeta.pl 

 
zdj. prabuty.com

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Obietnic kilka Pani Hanny Gronkiewicz-Waltz - część II

Dlaczego Pani Prezydent powinniśmy już podziękować - druga część analizy programu wyborczego Hanny Gronkiewicz-Waltz z 2006 roku
Część pierwszą można przeczytać tutaj: http://spwawa.blogspot.com/2013/06/obietnic-kilka-pani-hanny-gronkiewicz.html

W dalszej części tego rozdziału jest mowa o transporcie i infrastrukturze drogowej. Porównując zdanie „szczególnie ważne jest szybkie i rozsądne zbudowanie sieci obwodnic Warszawy” do ostatniego „potopu” na trasie AK i tłumaczeń magistratu że nie mogą nic zrobić bo to leży w gestii GDDKiA jest chyba jakimś wymijaniem się z rzeczywistością. Pani Prezydent chce (chciała) szybko zbudować sieć obwodnic wokół Warszawy, ale gdy jedną z takich tras zalewa deszcz to nie jest już jej odpowiedzialność tylko GDDKiA oraz „zmian klimatycznych do których musimy się przyzwyczaić”. Coś tu chyba jest nie tak.
            Zamierzamy wspierać uruchomienie lotniska w Modlinie(…). Lotnisko połączymy z centrum Warszawy istniejącą dziś, powojskową linią kolejową”. Faktycznie, lotnisko w Modlinie zostało uruchomione, niestety na krótko, ale znowu odpowiedzialność za fuszerkę na lotnisku spadła medialnie na Marszałka Struzika. Swoją drogą Pan Marszałek zapewne nie jest bezwinny, ale jaki wkład w to miała ówczesna Pani kandydat na Prezydenta Miasta? Czy ktoś w ogóle został pociągnięty do odpowiedzialności za niegospodarność i marnowanie pieniędzy publicznych? Czy można na Panią prezydent składać winę również za połączenie które nie dojeżdża do lotniska tylko do rogatek Modlina? Wątpliwości natomiast nie ma co do odpowiedzialności za rozkład pociągów jeżdżących z Warszawy na „Lotnisko Modlin” które zatrzymują się tylko na wybranych stacjach. A jest to dziwne bo są stacje na tej trasie „zmodernizowane”, jak na przykład Choszczówka, gdzie zatrzymują się tylko niektóre pociągi – i konia z rzędem temu kto poprawnie wytypuje który pociąg się zatrzyma... albo przynajmniej tak było w czasach kiedy lotnisko jeszcze działało. Może jednak chodzić o to że stacje te są kolejnym przykładem fuszerki gdzie niepełnosprawny na wózku inwalidzkim, by dotrzeć do specjalnej windy musi przelecieć nad kilkoma schodkami. Jest to jakiś sposób tuszowania takich niedociągnięć: niech pociągi się tam nie zatrzymują. Niech pasażerowie szybko obejrzą z okien że mamy ładne stacje, zmodernizowane za pieniądze z Unii, ale niech tam przypadkiem nie wysiadają bo fuszerka wyjdzie na jaw.       
            W dalszej części rozdziału jest jeszcze mowa o transporcie publicznym w Warszawie. Mój obszerny komentarz na ten temat można znaleźć tutaj: http://spwawa.blogspot.com/2013/04/ztm-firma-handlowo-usugowa-z-udziaem.html. Starałem się w miarę jasno opisać bieżące podejście władz miasta do transportu publicznego i zachłanność którą się kierują urzędnicy magistratu, nie zważając na dobro i potrzeby Warszawiaków.
            Czytając dalej, mamy wręcz zapewnienia o powstaniu „Rady Metropolitalnej Centralnego Mazowsza”, reorganizację „janosikowego”, decentralizację i odpolitycznienie administracji. Przedsiębiorcom obiecuje się „wyznaczenie obszarów przemysłowych na terenach położonych nieco dalej od centrum miasta, ale za to tańszych i dobrze skomunikowanych. (…)Obniżymy podatki od nieruchomości dla przedsiębiorców(…). Zainicjujemy utworzenie systemu informacji biznesowej(…).Nie zapomnimy też o pracownikach. Poświęcimy szczególną uwagę problemom przekwalifikowywania osób, które wypadły z rynku pracy oraz elastycznego kształcenia młodzieży, by za pobiec powstawaniu długotrwałego bezrobocia strukturalnego.” Ile z tych obietnic zostało spełnionych? Czy Pani prezydent próbuje realizować przynajmniej niektóre z nich?
To jest tylko pierwszy z 11 rozdziałów tej bajki o obietnicach Pani Hanny Gronkiewicz-Waltz. Dalej już nie chcę tego czytać bo wyrosłem z bajek. Od tych wszystkich obietnic minęło 7 lat. Na pewno Warszawa w tym czasie poszła do przodu: żyje nam się lepiej, ładniej i przyjemniej niż w latach 90’, ale czy to jest spełnienie wizji za którą wielu Warszawiaków głosowało? Pani Prezydent rządzi nieprzerwanie od 2006 roku. Cały czas Platforma Obywatelska ma większość w radzie miasta,  w większości dzielnic i powiatów podwarszawskich. Od 2007 roku Platforma ma większość w sejmie i tworzy rząd z Premierem Tuskiem – szefem tej partii, na czele. Od 2010 roku Prezydentem RP jest Bronisław Komorowski z tej samej partii. Co w tym czasie stało na przeszkodzie aby zrealizować wyżej wymienione cele? Nie można już zwalać wszystkiego na poprzedników. Dość już tej gnuśności i poniewierania Warszawiakami! Dość tego ignorowania potrzeb Warszawiaków i ich petycji! Dojść nabijania kabzy na koszt warszawskich podatników! Dość pływania pontonem po Wiśle! Pani Prezydent, proszę zejść na ziemię. Proszę wziąć odpowiedzialność za swoją bezmyślność i nieróbstwo.
Właśnie dlatego chcemy tej Panią już podziękować: wystarczająco czasu i naszych pieniędzy zmarnowała. Wszystkich zapraszamy do podpisywania się pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Walt i już dzisiaj, wszystkich gorąco zachęcamy do wzięcia udziału w referendum. Zróbmy to dla dobra Warszawy i nas samych.


wtorek, 11 czerwca 2013

Obietnic kilka Pani Hanny Gronkiewicz-Waltz - część I

Dlaczego Pani prezydent powinniśmy już podziękować - analiza programu wyborczego Hanny Gronkiewicz-Waltz z 2006 roku.


                               Szperając w Internecie, udało mi się znaleźć pewną pozycję zatytułowaną „Program dla Warszawy na lata 2006-2010”, podpisaną przez obecną Panią Prezydent Warszawy Hannę Gronkiwicz-Waltz. Książeczka ta jest dość pokaźna i już na wstępie Pani Prezydent zaznacza że właśnie w Warszawie „najbardziej widoczny staje się rozdźwięk między niemrawą, nieudolną i strachliwą władzą a zaradnymi i odważnymi Warszawiakami. Gdyby nam, mieszkańcom stolicy, stworzyć warunki zbliżone do tych, jakie mają na przykład Londyńczycy, w krótkim czasie stalibyśmy się od nich bogatsi. (…)W Warszawie są przecież zdolni ludzie, są pieniądze, są ogromne możliwości. Jedyne czego brakuje to decyzje. Trwający od lat kryzys władzy ogranicza nasze miasto. Strach, niezdecydowanie i kalkulacje polityczne blokują jego rozwój. W tak wielkim mieście potrzeba szybkich, śmiałych, męskich decyzji.” Pani Prezydent pisząc te słowa, pewnie nie zdawała sobie sprawy  że po 7 latach jej nieprzerwanego rządzenia będą one wciąż tak aktualne. Strach, niezdecydowanie i kalkulacje polityczne wciąż są i pozostają czynnikiem blokującym nasze miasto i naszą energię. Dzisiaj niestety możemy jeszcze dodać brak odpowiedzialności, rozrośniętą ponad miarę administrację i pyszność tej władzy, która dzisiaj jak nigdy zdaje się mówić z pontonu płynącego po Wiśle „Jestem i oglądam, podziwiam i widzę że jest pięknie”… szkoda że tak jest tylko z perspektywy pontonu Pani Hani.
                        Postanowiłem oddać się lekturze tego zbioru „bajek” począwszy od pierwszego rozdziału: „Warszawa metropolią XXI wieku”. Wyłania nam się idylliczna wizja miasta konkurującego z Berlinem, Moskwą, Pragą czy Budapesztem. W zasadzie to czemu nie, właśnie do tych miast powinniśmy się porównywać… ale czegoś jakby brakuje. Autor tej „powieści” już w 2006 roku doskonale wiedział czego. Niestety mija 7 lat i druga kadencja, a większość z tych obietnic nadal jest tylko wizją bajkopisarza. Można by się podjąć analizy każdej z tych obietnic pojedynczo, pastwiąc się nad Panią Prezydent i jej ekipą, ale byłaby to praca wręcz syzyfowa i pogłębiająca tylko złość i zniechęcenie. Dlatego przeanalizuję tylko kilka punktów tego rozdziału.
                        Utworzenie Centrum Współpracy Naukowej Europy Centralnej. Bardzo ciekawa koncepcja, która miała na celu między innymi stworzenie specjalnych stypendiów dla „zdolnej młodzieży ze wschodu”. Dzisiaj niestety wiemy że szkoły są zamykane, pensje i dodatki dla nauczycieli obcinane a ceny obiadów w szkolnych stołówkach wzrosły 4, 5 a nawet 6 krotnie przez zamykanie kuchni na terenach szkół i zlecanie przygotowywania posiłków przez firmy zewnętrzne. Wystarczy spytać rodziców dzieci które 7 lat temu były w pierwszych klasach szkół podstawowych  a dzisiaj są w gimnazjach i szkołach średnich. Nauczyciele też mogą bardzo wiele powiedzieć na temat współpracy z administracją Pani prezydent, nie wspominając o instytucjach sportowych takich jak klub sportowy Hutnik Warszawa na Bielanach, który ma spore problemy przez czystą niechęć i brak dobrej woli urzędników.
                        Przy współpracy z kapitałem prywatnym doprowadzimy do szybkiego zbudowania Warszawskiego Centrum Kongresowego. Projekty centrum, które miało powstać przy placu Zawiszy są ciągle dostępne niestety tylko w Internecie: imponujące i majestatyczne. „Zadbamy, by Centrum było funkcjonalną częścią większego kompleksu usługowego, tak, aby oferta dla uczestników konferencji oraz osób towarzyszących była szeroka i zróżnicowana.” W debacie radiowej 10 Czerwca pan Poseł PO Michał Szczerba bronił się że przecież powstało centrum na ulicy Chmielnej… czy chodziło mu o Centrum Szkoleniowe Chmielna? Bo jeżeli tak to albo ja, albo Pan Poseł inaczej pojmujemy „większy kompleks usługowy”. Jednak najzabawniejszy w tym tekście jest przymiotnik „szybkiego” zbudowania centrum. Nie zdziwię się jeżeli znajdziemy ten punkt również w programie pani Hanny na trzecią kadencję. A nóż się uda.
                        „Aby sprostać wyzwaniom nowoczesności nawiążemy ścisłą współpracę i wymianę doświadczeń z wielkimi europejskimi metropoliami… Pomogą nam w tym organizacje pozarządowe zajmujące się problematyką rozwoju metropolii.” Niestety częściowo ta obietnica została spełniona, ale niestety ta druga jej część. Urząd miasta pod rządami Pani Hanny nie tylko zwiększył zatrudnienie wewnętrzne ale również rozszerzył współpracę z niektórymi organizacjami pozarządowymi – czytaj firmami prywatnymi zajmującymi się doradztwem. Dobitnym przykładem, a zarazem efektem tej współpracy jest obecna sytuacja śmieciowa. Ratusz ma do dyspozycji, zatrudnionych na etatach rzeszę prawników i fachowców od przeróżnych dziedzin, którzy jednak sami nie byli w stanie wdrożyć i opracować nowej ustawy śmieciowej. Tak więc już w 2011 roku (zgodnie z doniesieniami portalu TVN24) zdecydowano o wybraniu w tym celu specjalnej firmy doradczej – konsorcjum składającego się z 3 innych firm. Ile te firmy na tym zarobiły nie wiadomo: jedne źródła mówią o 650 tysiącach, inne o półtorej milionie złotych. Efekt jest taki że Krajowa Izba Odwoławcza przychyliła się do zdania firm (dokładniej 4 firm, więc trudno tu mówić o jakiejś stronniczości), które zaskarżyły przetarg na odbiór śmieci w stolicy. Czy to oznacza że przetarg był ustawiony? Myślę że to pytanie pozostaje otwarte. Nie tylko firmy doradcze zarobiły, ale miał tutaj zarobić chyba ktoś jeszcze. W uszach rozdźwięczają słowa ze wstępu „strach, niezdecydowanie i kalkulacje polityczne blokują rozwój Warszawy”.  A największa szkoda że pierwsza część tej obietnicy nie została spełniona. Jakoś Rzym, Paryż czy Wiedeń poradziły sobie z problemem śmieciowym i to zatrudniając przy tym Polaków, jak w Wiedniu.
      
Cytaty w tekście pochodzą ze strony https://sites.google.com/site/gronkiewiczpl/

sobota, 8 czerwca 2013

Śmieciowa bezmyślność władz Warszawy

Władze Warszawy to przykład urzędniczej bezmyślności, lekceważenia przepisów, opieszałości oraz nieudolności. Zapraszamy do siedziby Solidarnej Polski w Warszawie przy ulicy Pięknej 1B celem złożenia podpisu pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum ws. odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz z funkcji Prezydenta Warszawy. Uwolnijmy wspólnie stolicę od PO.

Jak to możliwe, że władze Warszawy, dysponujące armią tysięcy wysokopłatnych urzędników, mających w dodatku na wdrożenie ustawy śmieciowej aż dwa lata, skompromitowały się i musiały odłożyć całą śmieciową reformę w stolicy o co najmniej pół roku? Oto fakty, które ujawniają, jak nieudolnie i po amatorsku była przygotowywana cała operacja.

Urzędnicy magistratu uwierzyli w moc sprawczą ustawy – w myśl starej biurokratycznej zasady, wyznawanej szczególnie w PRL-u, że jak czegoś nie można zrobić, albo osiągnąć, to wystarczy uchwalić odpowiednie prawo, i problem z głowy.

Po pierwsze - urzędnikom wydawało się, że deklaracje wystarczą

W przypadku ustawy śmieciowej jeszcze raz okazało się, że co innego samo prawo, a co innego jego stosowanie. Boleśnie przekonał się o tym magistrat liczący, że deklaracje wystarczą, aby ustalić podstawowy parametr potrzebny do odbioru śmieci – czyli liczbę mieszkańców korzystających w Warszawie z tej usługi. 
Urzędników spotkała nieprzyjemna niespodzianka – po upływie terminu składania deklaracji, w której warszawiacy mieli określić czy segregują czy nie segregują śmieci, a przede wszystkim podać liczbę osób mieszkających w lokalu okazało się, że w Warszawie mieszka… tylko 500 tys. osób. 
Tymczasem, jak podaje portal TVN Warszawa, magistrackie szacunki mówiły o 2,5 mln osób, z czego ponad 1,7 mln zameldowanych na stałe. Termin składania deklaracji przesunięto o trzy tygodnie, ale wydaje się, że to i tak niewiele by pomogło, wszak wyliczono, że spóźnialskich było tylko ok. 20 procent.
Jak widać, nawet po uzupełnieniu deklaracji o brakujące 20 procent – liczba zadeklarowanych mieszkańców płacących za wywóz śmieci byłaby i tak co najmniej trzy razy mniejsza niż ich faktyczna liczba.
A to oznacza, że wyliczenia władz, zapisane w budżecie Warszawy, że w ciągu pół roku (od lipca 2013 do grudnia 2013 r.) zbiorą z opłat śmieciowych 136 mln zł, jest po prostu nierealna. Czyli pieniędzy wystarczyłoby na opłacenie ok. 30 proc. opłat za wywóz odpadków. Kto wywiezie resztę? Krasnoludki?

Po drugie - na co te pieniądze?

Kolejne pytania, na które do dzisiaj nikt nie uzyskał odpowiedzi – co z tymi olbrzymimi pieniędzmi, mającymi wpłynąć do kasy miasta z opłat śmeiciowych, miałyby zrobić władze Warszawy. Krótka odpowiedź, jaką w marcu uzyskała GazetaPrawna.pl, od rzecznika prasowego stolicy, świadczy o tym, że miasto właściwie zapomniało o głównym celu, jakim było wprowadzenie ustawy śmieciowej - zbudowania kompletnego i szczelnego systemu recyklingu śmieci.
Jak poinformowała nas wtedy Agnieszka Kłąb, zastępca rzecznika prasowego prezydent Warszawy, „samorząd musi sfinansować koszty obsługi systemu, czyli właśnie umowy z wyłonionymi w przetargu firmami odbierającymi śmieci od mieszkańców oraz obsługę systemu, łącznie z monitorowaniem i kontrolą złożonych przez mieszkańców deklaracji oraz prawidłowości wykonywania usług przez firmy „śmieciowe”.
A gdzie mowa o inwestycjach – nowych spalarniach, segregatorniach itd.? Cisza.
Tymczasem w dzisiejszej rozmowie z radiowa „Trójką” minister środowiska Marcin Korolec podkreślał, że stworzenie systemu recyklingu, którym już za kilka lat musimy, według unijnych norm, objąć co najmniej 50 proc. odbieranych śmieci, jest głównym celem nowej ustawy. Konia z rzędem temu, kto powie, jakie Warszawa ma plany inwestycyjne w tej materii.

Po trzecie - kto na tym miał zarobić?

Kolejna kwestią, na której pośliznęli się warszawscy urzędnicy był problem - kto miał zarobić na nowym systemie. Na pewno na śmieciach nie miał zarabiać samorząd – tego zabrania ustawa, która każe wszystkie pieniądze zebrane ze śmieci, przeznaczyć na cel śmieciowy. Czyli największym beneficjentem nowego systemu (czytaj nowych opłat za wywóz śmieci) miały być firmy odbierające śmieci. 
To, w jaki sposób miasto przygotowywało się do przetargu, który miał je wyłonić, ujawniło orzeczenie Krajowej Izby Odwoławczej, która rozpatrzyła odwołania od ogłoszonego przetargu na usługi śmieciowe w stolicy.
Zdziwienie budzi ponadto termin ogłoszenia opłat (Rada Warszawy ustaliła wysokość opłat przed ogłoszeniem przetargu) oraz długi, ale to bardzo długi czas, potrzebny miastu na ogłoszenie samego przetargu.

Przetarg dla jednej firmy – MPO

Krajowa Izba Odwoławcza jednoznacznie określiła intencje ratusza, który ustalił warunki przetargu na wywóz śmieci w Warszawie. Przychyliła się do zdania czterech firm - Remondis, Sita, Partner i Byś, które zaskarżyły przetarg na odbiór śmieci w stolicy, twierdząc, że warunki przetargu preferowały MPO. Jeden z najważniejszych zarzutów Izby dotyczył zapisu, zgodnie z którym wykonawcy mieli się wykazać konkretną instalacją regionalną do odbioru odpadów o określonych mocach. To właśnie preferowało konkretnego wykonawcę - MPO. 
Jak to się ma do zapewnień rzeczniczki prasowej prezydent miasta z marca: "Przed nami ogłoszenie postępowań, w których wyłonione zostaną firmy, które będą obierały śmieci od warszawiaków po 1 lipca, wobec czego nie chcemy na tym etapie ujawniać szczegółowych analiz, by zapewnić wszystkim firmom zainteresowanym wzięciem udziału w przetargach równy dostęp do informacji?".
Poza tym, jak głosi orzeczenie KIO, opis przedmiotu zamówienia nie określał maksymalnej liczby pojemników, które ma zapewnić wykonawca, ani maksymalnej ilości odpadów do odbioru w ramach wynagrodzenia umownego. 
A to oznacza, że odbiór śmieci odbywałby się na zasadzie "widzimisię" firmy odbiorczej i ciągłych kłótni z samorządami, wspólnotami i spółdzielniami, nie mówąc o właścicielach posesji jednorodzinnych.

Niewykorzystane dwa lata na ogłoszenie przetargu 

Zastanawiać musi fakt opieszałości, graniczącej z celowym opóźnianiem, ogłoszenia przetargu. Warszawa miała na to, tak jak inne gminy i miasta w Polsce całe dwa lata. Ogłosiła go dwa miesiące przed terminem wprowadzenia całego systemu. (Notabene, przetargi ogłosiło w Polsce tylko 17 proc. gmin). Czy ktokolwiek w urzędzie brał pod uwagę możliwość braku rozstrzygnięcia przetargu i tym samym niedotrzymania terminów wprowadzenia całego systemu?

Kolejne kuriozum - przetarg ogłoszony po ustaleniu stawek za wywóz śmieci

Zupełnym kuriozum okazał się termin ogłoszenia przetargu za wywóz śmieci. Ogłoszono go, gdy już Rada Miasta ustaliła stawki nowych opłat. To tak, jakby osoba, która ma zaoferować nam jakąś usługę wiedziała wcześniej, ile na to mamy pieniędzy.
Zważywszy w dodatku na fakt, że opłata co najmniej dwukrotnie podnosiła stawkę za wywóz śmieci od osoby (wcześniej 8 - 9 zł od osoby, nowa opłata – 19,5 zł za osobę, za śmieci segregowane), nietrudno się domyślić, że firmy startujące do przetargu stały na wygranej pozycji. 

A może odpowiedź tkwi w pytaniu - kto komu doradzał i dlaczego?

Okazuje się, że rzesza prawników i innych fachowców zatrudnionych w stołecznym ratuszu nie mogła sobie poradzić z wdrożeniem i opracowaniem nowej ustawy śmieciowej. Jak ujawnia portal TVN24, ratusz już w 2011 r. zdecydował się na zatrudnienie w tym celu firmy doradczej. Wybrano konsorcjum składające się z trzech firm, które za doradztwo zainkasowały… 650 tys. zł.
Podwładni Hanny Gronkiewicz-Waltz tłumaczyli wówczas, że wprowadzenie ustawy śmieciowej w dużej aglomeracji wymaga pomocy eksperckiej. - Aby nie popełnić żadnego błędu, chcemy poradzić się ekspertów – argumentowała na łamach warszawskich mediów Agnieszka Kłąb z biura prasowego ratusza – pisze TVN 24.
Usługi podzielono na trzy bloki tematyczne obejmujące analizy niezbędne do przygotowania uchwały dla Rady Warszawy. Pierwszy dotyczył wysokości opłat, drugi wyłonienia przedsiębiorców, którzy będą odbierać i zagospodarowywać odpady, trzeci - wyłonienie podmiotów, które będą budowały, utrzymywały i eksploatowały instalacje do przetwarzania odpadów. Ostatnie zadanie miało zostać wykonane do 30 czerwca 2013 roku, czyli miesiąc przed wdrożeniem ustawy śmieciowej. Nic dodać, nic ująć.
źródło: gazetaprawna.pl


wtorek, 4 czerwca 2013

Śmieciowy przetarg do poprawy - kompromitacja warszawskiej ekipy PO

Kompromitacja śmieciowego przetargu jest przykładem nieudolności rządzącej Warszawą PO. To kolejny dowód, że referendum ws. odwołania Prezydent Gronkiewicz-Waltz jest bardzo potrzebne.

Krajowa Izba Odwoławcza przychyliła się do zdania firm, które zaskarżyły przeterg na odbiór śmieci w stolicy. Ratusz przekonuje, że ma plan awaryjny.
Swoje zastrzeżenia do przetargu zgłosiły cztery firmy: Remondis, Sita, Partner i Byś. KIO rozpatrzyła ich skargi.
- Izba uwzględniła zarzuty tych czterech firm. Zamawiający powinien teraz wprowadzić zmiany do zapisów przetargu, ale nie oznacza, że musi rozpisywać nowy. Może też zaskarżyć orzeczecznie KIO - mówi tvnwarszawa.pl Małgorzata Stręciwilk, rzeczniczka Izby.
Jak zaznacza, uwzględniony został szereg zarzutów. - Jeden z najważniejszych dotyczył zapisu, zgodnie z którym wykonawcy mieli się wykazać konkretną instalacją regionalną do odbioru odpadów o określonych mocach. To preferowało konkretnego wykonawcę - MPO. Izba to potwierdziła w swoim orzeczeniu – zaznacza rzeczniczka.
– Poza tym opis przedmiotu zamówienia nie określa maksymalnej liczby pojemników, które ma zapewnić wykonawca, ani maksymalnej ilości odpadów do odbioru w ramach wynagrodzenia umownego – dodaje.

"Nie ma zagrożenia"

Co na to ratusz? Urzędnicy muszą szczegółowo zapoznać się z orzeczeniem KIO. Przekonują też, że pracują nad planem b.
- Nie ma zagrożenia, że śmieci po 1 lipca nie będą odbierane. Pracujemy nad rozwiązaniem zgodnym z prawem, które pozwoli nam na zorganizowanie odbioru śmieci od warszawiaków do momentu rozstrzygnięcia przetargu - mówi tvnwarszawa.pl Agnieszka Kłąb.
- W najbliższych dniach przedstawimy szczegóły – dodaje.

Nowe reguły od lipca

Od 1 lipca br. gmina przejmie obowiązki związane z odbiorem, transportem, odzyskiem i unieszkodliwianiem wszystkich odpadów komunalnych. Samorządy będą także zobligowane do odbioru i zagospodarowania odpadów zielonych, odpadów niebezpiecznych i wielkogabarytowych, a także usuwania odpadów z nielegalnych wysypisk.

źródło: tvnwarszawa.pl

zdj. biznes.gazetaprawna.pl